← Powrót do Biuletynu
Zaangażowanie publiczne jest dobre dla Twojej nauki

Zaangażowanie publiczne jest dobre dla Twojej nauki

Ten tekst jest bardziej osobisty niż zwykle. Po moich ostatnich postach o AI w pisarstwie akademickim otrzymałem falę prywatnych wiadomości od kolegów naukowców, którzy zgadzali się z moimi ostrymi tezami, ale nie powiedzieliby tego publicznie. Moim pierwszym odruchem było napisać o autocenzurze w akademii. Problem jest jednak głębszy. Większość naukowców w ogóle nie chce angażować się publicznie. Ten tekst jest o tym, dlaczego to podejście jest autodestrukcyjne i dlaczego wielu moich kolegów się myli.1

Kilka lat temu wygłosiłem wykład w domu seniora w Charlotte w Karolinie Północnej, o moich badaniach nad postawami społecznymi wobec imigracji i o tym, jak uczynić ją popularną. Zanim zdążyłem zacząć, starsza kobieta z tyłu sali podniosła rękę. „Dlaczego”, zapytała, „mielibyśmy chcieć czynić imigrację popularną?” Żaden kolega akademik nigdy wcześniej nie zadał mi tego pytania. Choć nie udało mi się jej w pełni przekonać, okazała się to jedna z najbardziej produktywnych rozmów o moich badaniach, jakie kiedykolwiek odbyłem.

Jestem coraz bardziej przekonany, że dla naukowców społecznych i akademików zaangażowanie publiczne nie jest odwróceniem uwagi od badań, lecz bezpośrednim wkładem w nie. Publiczność, którą spotykamy poza salą seminaryjną, pytania zadawane przez dziennikarzy i sprzeciw czytelników, którym nie zależy na naszych ramach teoretycznych — to wszystko są ważne dane. Ujawniają martwe pola, które zamknięte środowiska akademickie systematycznie przeoczają. Zaangażowanie publiczne zmusza nas również do uzasadnienia prostym językiem, dlaczego nasza praca jest ważna — co okazuje się zaskakująco skutecznym filtrem pozwalającym stwierdzić, czy faktycznie taka jest.

Standardowe podejście akademickie traktuje zaangażowanie publiczne jako kompromis: czas poświęcony na pisanie dla szerokiej publiczności to czas zabrany „prawdziwym” badaniom. Będę tu argumentować odwrotnie. Moje własne doświadczenie i doświadczenie badaczy, których podziwiam, wskazują, że rozmowy z pozaakademicką publicznością, pisanie dla szerokiego odbiorcy i prezentowanie badań ludziom, którzy mogą się z nami naprawdę nie zgadzać, czynią naszą naukę ostrzejszą i uczciwszą. Dzieje się tak poprzez testowanie naszych pomysłów na jedynej publiczności, którą akademicka recenzja naukowa systematycznie wyklucza: na ludziach, których badacze twierdzą, że badają.

Czego nauczyło mnie zaangażowanie publiczne, a recenzja naukowa nie

Jeden z moich najczęściej cytowanych wyników dotyczących opinii publicznej o imigracji nie powstał na seminarium wydziałowym, lecz z rozmów z decydentami politycznymi w Waszyngtonie. Wszyscy mówili mi to samo: nawet gdy sondaże pokazują większościowe poparcie dla bardziej liberalnej polityki imigracyjnej, politycy nie chcą dotykać tego tematu. Strona antyimigracyjna po prostu wydaje się bardziej przejmować. Ta obserwacja nigdy nie pojawiała się w literaturze akademickiej, którą czytałem, gdzie nacisk kładziono niemal wyłącznie na to, dlaczego ludzie sprzeciwiają się imigracji, a nie na to, jak bardzo zależy im na tym temacie — w tym stronie proimigracyjnej.

Ta rozbieżność doprowadziła mnie do artykułu, w którym udokumentowałem to, co w żargonie akademickim nazwałem „asymetrią ważności tematu” — prosty fakt, że wyborcy antyimigracyjni konsekwentnie kilkakrotnie częściej uznają imigrację za swój najważniejszy problem polityczny w porównaniu z wyborcami proimigracyjnymi. To utrzymuje się przez dekady w USA, Wielkiej Brytanii i Europie. To jeden z najbardziej konsekwentnych wyników w badaniach nad imigracją. A zaczęło się od słuchania ludzi spoza środowiska akademickiego, którzy byli bliżej politycznej rzeczywistości niż większość moich kolegów.

To nie był jednorazowy przypadek. Ludzie spoza uniwersytetu często widzą rzeczy, których ludzie wewnątrz nie zauważają — nie dlatego, że są mądrzejsi, ale dlatego, że wychodzą z innego zestawu założeń. Gdy przytłaczająca większość kolegów podziela te same polityczne przekonania wyjściowe, pewne pytania nigdy nie padają. Pisałem o tym, jak życzliwi koledzy sugerowali mi łagodzenie wyników, które mogłyby „dostarczyć paliwa skrajnej prawicy”, nawet gdy dane były solidne. Tego rodzaju filtrowanie jest niewidoczne wewnątrz akademii. Staje się bardzo widoczne w momencie, gdy dzielimy się niefiltrowaną wersją z publicznością i odkrywamy, że uczciwość jest bardziej wiarygodna, a nie mniej.

Mój tekst argumentujący, że zachodnie kraje nie „potrzebują” imigracji, wyrósł bezpośrednio z tego doświadczenia. Wyborcy, którzy słyszeli od ekspertów, że gospodarki upadną bez imigracji, i widzieli, że ich kraj funkcjonuje normalnie, dochodzili do wniosku, że eksperci kłamią. Przeformułowanie tematu wynikło z obserwacji tego, co sceptycy faktycznie uznawali za przekonujące — nie z teorii akademickiej. Podobnie, gdy pisałem o sponsorowaniu społecznościowym, podkreśliłem sondaż pokazujący, że 73 procent republikanów popierało Welcome Corps, amerykański program pilotażowy sponsoringu, ponieważ odwołuje się on do konserwatywnych wartości lokalizmu i wiary. Większość badaczy imigracji nie wpadła nawet na pomysł, by sprawdzić, czy prawica mogłaby popierać przesiedlenia uchodźców, bo ramy akademickie traktowały to wyłącznie jako sprawę humanitarną i lewicową.

Mądrość emerytki z Charlotte

Opowiem więcej o tym wykładzie w Charlotte. Publiczność była konserwatywna i bardzo stara, a kobieta, która zakwestionowała moją przesłankę, nie była jedyną sceptyczką. Zanim zdążyłem zacząć, podniecony mężczyzna zapytał — jako pytanie-pułapkę — czy wierzę, że Amerykanie mają prawo zabezpieczyć swoją granicę. Powiedziałem, że tak. Wyglądał niemal na rozczarowanego, że nie ogłosiłem „żaden człowiek nie jest nielegalny” czy czegoś podobnego. Opadł na krzesło i uspokoił się.

Po tym jak kobieta powiedziała, że nie potrzebujemy żadnych obcokrajowców, zgodziłem się, że imigracja jest trudnym tematem, i zapytałem, czy uważa, że powinniśmy też powstrzymać, powiedzmy, niemieckich inżynierów od przyjazdu. Pomyślała kilka sekund i powiedziała: „Oczywiście, że nie.” W ciągu kilku minut wyszliśmy poza nagłówkowe pozycje i prowadziliśmy naprawdę produktywną rozmowę o tym, które konkretne polityki imigracyjne popiera, a których nie, i dlaczego. Ostatecznie publiczność starała się mnie słuchać mimo wszystkich problemów ze słuchem przez resztę mojej prezentacji.

Żadna akademicka publiczność nigdy nie zmusiła mnie do obrony przesłanki moich badań w ten sposób. Skłoniło mnie to do przemyślenia sposobów, w jakie ja i moi koledzy formułujemy nasze pytania i odpowiedzi. Często zakładamy, że wartość badania, co czyni polityki imigracyjne popularnymi, jest oczywista. Nie jest — i odkrycie tego w sali pełnej emerytów było bardziej użyteczne niż odkrycie tego z komentarza recenzenta.

Zaangażowanie publiczne poprawiło też moje pisanie, i to bardziej niż LLM-y kiedykolwiek mogłyby. Gdy trzeba przełożyć złożony wynik na zdanie, które zrozumie niespecjalista, szybko okazuje się, czy samemu naprawdę się go rozumie. Niejasność, którą akademiccy recenzenci czasem przepuszczają, nie przetrwa sekcji komentarzy ani nawet stosunkowo powierzchownego pytania uzupełniającego dziennikarza.

Gdy żargon zastępuje argumentację

To prowadzi mnie do niewygodnej obserwacji na temat pewnego rodzaju pracy akademickiej, którą zaangażowanie publiczne moim zdaniem by wyleczyło. Niektóre badania, szczególnie w tzw. „krytycznej” czy „postmodernistycznej” nauce, stały się tak odizolowane od publicznej weryfikacji, że niemal niemożliwe jest wyjaśnienie, co tak naprawdę mówią lub dlaczego mają znaczenie.

Niedawno uczestniczyłem w seminarium Charmaine Chua, geografki pracującej teraz w Berkeley, która prezentowała badania ze zbliżającej się książki opartej na badaniach terenowych na pokładzie kontenerowca. Podstawowa praca empiryczna była naprawdę fascynująca, oprócz jej świetnych fotografii: żywe, szczegółowe obserwacje o ogromnych dysproporcjach płacowych wśród członków załogi w zależności od narodowości i o codziennej mechanice globalnego transportu morskiego, której większość ludzi nigdy nie widzi.

Ale ramy interpretacyjne były niemal wyłącznie skierowane do publiczności geografów krytycznych i „abolicjonistów”. Każda obserwacja musiała być przepuszczona przez Marksa lub Davida Harveya. Jeden framework musiał być „połączony” z kolejnym, który z kolei musiał być „wprowadzony w dialog” z trzecim. Kryje się tu prawdziwa historia o globalnej nierówności i wyzysku pracowników, a była pogrzebana pod warstwami dyscyplinarnej performatyki.

Oddając sprawiedliwość Chua, pisała także dla mediów popularnych jak Boston Review i Jacobin, przekładając swoje badania nad transportem morskim na język zrozumiały dla (przynajmniej wyrafinowanych, lewicowych) nieakademików. W tym sensie wykonuje dokładnie ten rodzaj pracy publicznej, za którą tu argumentuję. Ale przepaść między wersją seminaryjną a publiczną była uderzająca. Nawet jeśli politycznie możemy się nie zgadzać, podejrzewam, że jej wersja publiczna była znacznie lepsza. I nie tylko dlatego, że była bardziej przystępna, ale dlatego, że dyscyplina pisania dla szerokiej publiczności wymusza jaśniejsze myślenie o tym, co badania faktycznie pokazują.

To nie jest odosobniony przypadek, a problem polega na tym, że zdecydowana większość uczonych — zarówno krytycznych, jak i empirycznych — nie wykracza poza publikowanie swoich prac w niszowych czasopismach, których nikt nie czyta. Gdy badania nigdy nie są wystawione na publiczność, która mogłaby powiedzieć „nie rozumiem, o czym pan mówi” albo „dlaczego miałoby mnie to obchodzić?”, mogą ześlizgnąć się w samozwrotną pętlę, gdzie praca istnieje głównie po to, by zadowolić dyscyplinarnych strażników. Zaangażowanie publiczne jest korektą. Zmusza do odpowiedzi na pytanie, które każdy podatnik ma prawo zadać: po co to jest?

Ale zaangażowanie to nie aktywizm

Chcę tu poczynić rozróżnienie, które często się gubi. Zaangażowanie publiczne to nie to samo co aktywizm polityczny. Mylenie tych dwóch rzeczy wyrządziło realne szkody, szczególnie w takich dziedzinach jak socjologia i politologia, gdzie „nauka aktywistyczna” stała się raczej tożsamością niż praktyką.

Problemem nauki aktywistycznej nie jest to, że naukowcy mają poglądy polityczne. Każdy je ma. Gdy sama nauka jest zorientowana na z góry określony wniosek polityczny, przestaje być nauką w jakimkolwiek sensownym znaczeniu. W praktyce nauka aktywistyczna przechyliła się zdecydowanie w jednym kierunku ideologicznym, co podważyło wiarygodność całych dziedzin. Dotyczy to także nauk ścisłych. Nawet badacze uprawiający ten rodzaj pracy skorzystaliby na uczynieniu swoich badań bardziej dostępnymi dla odbiorców spoza własnej koalicji politycznej, ponieważ dostępność zaprasza do kwestionowania, a kwestionowanie jest tym, co oddziela dociekanie od advocacy.

To, co opisuję, jest bliższe temu, co nazywa podejściem „problem-solving” w naukach społecznych. Samii argumentuje, że naukowcy społeczni powinni orientować swoją pracę na jasno zdefiniowane problemy społeczne, wykorzystując analizę normatywną do identyfikacji tego, co wymaga naprawy, badania obserwacyjne do zrozumienia przyczyn i metody eksperymentalne do testowania, co działa. To odróżnia się zarówno od „bezinteresownego” rozwiązywania łamigłówek (które często produkuje technicznie imponujące prace, których nikt spoza dyscypliny nie czyta ani nie potrzebuje), jak i od nauki aktywistycznej (która zna odpowiedź, zanim pytanie zostanie postawione). Badania nastawione na rozwiązywanie problemów opowiadają się po stronie problemu, nie polityki. Pytają: czy ta polityka działa? Skąd to wiemy? Co powinniśmy spróbować zamiast tego?

Te ramy opisują to, co staram się robić w swoich badaniach i pisarstwie publicznym. Z pewnością mam własne uprzedzenia i martwe pola, ale mój Substack zdecydowanie nie jest projektem advocacy. Jest próbą udostępnienia badań, które często są zamknięte za paywallem i dyscyplinarnym żargonem, ludziom — w tym decydentom, dziennikarzom i wyborcom — którzy mogliby je faktycznie wykorzystać. A proces robienia tego uczynił moje badania lepszymi, nie gorszymi, bo zmusza mnie od czasu do czasu do zmiany zdania w jakiejś kwestii.

Nie musi to być wysiłek indywidualny. Niektóre wydziały uczyniły zaangażowanie publiczne częścią swojej tożsamości instytucjonalnej. Wydział ekonomii George Mason University, z prawdopodobnie najwyższą koncentracją wpływowych blogerów, jest dobrym przykładem: poważni, dobrze publikujący badacze, którzy kształtują także dyskurs publiczny na tematy, które badają, nawet gdy się nie zgadzają (porównajmy choćby różne stanowiska w kwestii imigracji). Więcej wydziałów nauk społecznych, a zwłaszcza szkół polityk publicznych, powinno podążać za tym modelem. Infrastruktura łączenia badań podstawowych z wpływem publicznym już istnieje. Większość instytucji po prostu decyduje się jej nie wykorzystywać.

Badania finansowane z podatków należą do społeczeństwa

Istnieje też prosty argument odpowiedzialności za zaangażowanie publiczne, który moim zdaniem zasługuje na większą wagę niż zwykle mu się przypisuje. Większość badań w naukach społecznych na uniwersytetach jest finansowana, bezpośrednio lub pośrednio, przez podatników. National Science Foundation, National Institutes of Health i parlamenty stanowe finansują granty, laboratoria i pensje. Podatnicy utrzymują całe przedsięwzięcie.

To tworzy zobowiązanie. Nie zobowiązanie do nadmiernego upraszczania ani do produkowania wyników wygodnych dla wyborców, ale zobowiązanie do uczynienia pracy zrozumiałą. Jeśli nie potraficie wyjaśnić niespecjaliście, dlaczego wasze pytanie badawcze jest ważne i co odkryliście, warto się nad tym zastanowić. Czasem wyjaśnienie jest naprawdę trudne, bo praca jest metodologicznie złożona, i to jest w porządku. Ale powinniście przynajmniej umieć wyjaśnić, dlaczego ta złożoność metodologiczna jest konieczna i czemu służy.

Uważam ten test za faktycznie użyteczną samokontrolę. Jeśli pracuję nad czymś i stwierdzam, że naprawdę nie potrafię wyjaśnić myślącemu nieakademikowi, dlaczego to jest ważne, to sygnał, że powinienem przemyśleć albo sposób ujęcia tematu, albo sam projekt. Nie wszystko, co da się opublikować, jest ważne. I nie wszystko, co jest ważne, jest niedostępne. Ćwiczenie z tłumaczenia jest jednocześnie ćwiczeniem z uczciwości wobec siebie.

Jest tu bardziej podstawowy punkt, który często ginie. Akademicy nie są tylko akademikami. Są też obywatelami, przypuszczalnie zainteresowanymi przyczynianiem się do dobra wspólnego. Sensowne jest robić to, wykorzystując swoją wiedzę specjalistyczną, zamiast ją kompartmentalizować. Gdy widzę kolegów badających migrację i jej polityczne implikacje, którzy nigdy nie komentują tematu publicznie, a jednocześnie dzielą się swoimi gorącymi opiniami politycznymi na Facebooku, wydaje mi się to zmarnowaną okazją. Idea, że można nosić czapkę profesora i czapkę obywatela i nigdy ich nie łączyć, nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością większości naukowców społecznych. Już jesteście obywatelami z poglądami politycznymi. Równie dobrze możecie być obywatelami z poinformowanymi poglądami politycznymi, którzy dzielą się ich podstawami.

Tak, to coś kosztuje. Ale i tak to róbcie.

Wielu akademikom powiedziano — przez kolegów lub nawet dziekana — by nie poświęcali zbyt wiele czasu na zaangażowanie publiczne, albo ostrzeżono przed publicznym mówieniem czegoś, co mogłoby skompromitować ich wydział. Jeśli jest to rada przeciwko postom w mediach społecznościowych bez żadnych poważnych badań za nimi, może być całkiem rozsądna. W końcu, chyba że jesteście na wydziale polityk publicznych, nawet tekst w New York Times nie będzie wiele znaczył w waszej ocenie rocznej, a co dopiero w procedurze przyznawania tenure. Nie chcę więc udawać, że zaangażowanie publiczne jest bezkosztowe.

Najbardziej oczywistym kosztem jest czas. Napisanie postu na Substack czy wygłoszenie publicznego wykładu pochłania godziny, które mogłyby być poświęcone na artykuł naukowy. Dla młodych naukowców bez tenure komisja awansowa prawdopodobnie nie uwzględni waszego eseju w Boston Review ani waszego popularnego podcastu. Struktura bodźców w akademii wciąż w dużej mierze nagradza publikacje w czasopismach, finansowanie grantowe i cytowania przez innych akademików.

Potem jest koszt społeczny. Koledzy, którzy traktują zaangażowanie publiczne jako niepoważne, potrafią być cicho lekceważący. Sam tego doświadczyłem. Nie jako bezpośrednią krytykę, ale jako pewien subtelny sceptycyzm — poczucie u niektórych kolegów, że czas poświęcony na pisanie dla publiczności to czas niespędzony na „prawdziwej” pracy. Sygnały są zwykle pośrednie: uniesiona brew, ostentacyjny brak zainteresowania, delikatna sugestia, że pisarstwo popularne to coś, co robi się zamiast uprawiać naukę, a nie obok niej.

I jest środowisko internetowe, które potrafi być naprawdę toksyczne. Platformy takie jak Bluesky stały się w szczególności czymś, co mogę opisać jedynie jako korumpujący wpływ na dyskurs akademicki. Struktura bodźców nagradza performatywne oburzenie i sygnalizowanie cnót kosztem substancji.

Akademicy, którzy się tam angażują, często wciągani są w nagonki, które nie mają nic wspólnego z jakością ich pomysłów, a wszystko z tym, czy powiedzieli coś naruszającego wiecznie zmieniający się konsensus ideologiczny platformy. Porównajcie to z platformami long-form jak Substack, gdzie struktura bodźców przynajmniej częściowo nagradza głębię i dowody. Nie każde zaangażowanie publiczne jest równe, i wybór odpowiednich miejsc ma znaczenie.

Powiedziawszy to wszystko, i tak to róbcie. Alternatywa jest gorsza.

Kwestia wykracza poza radzenie sobie z nagonkami. Odwaga, by publicznie głosić to, w co się wierzy prywatnie, szczególnie gdy jest to niepopularne w obrębie własnej społeczności zawodowej, to nie miły dodatek. To epistemiczna konieczność. Prawda wyłania się z otwartej argumentacji. Jeśli wszyscy się autocenzurują, cały proces odkrywania się załamuje.

Potwierdziłem to we własnym doświadczeniu. Po moim niedawnym tekście kwestionującym proimigracyjną dezinformację z wnętrza obozu proimigracyjnego, lub po zachęceniu moich sceptycznych wobec AI kolegów, by zamknęli się w pokoju z Claude Code, spotkałem się z krytyką z wielu stron. Ale uderzyła mnie też liczba akademików, w tym naukowców o poglądach centrolewicowych, którzy publicznie poparli te teksty kwestionujące ortodoksję własnej strony. Jak pisałem wtedy, profesorowie z tenure (i bez) powinni to robić częściej.

DEI to jest to, co się dzieje, gdy nikt nie rozmawia z publicznością

Porozmawiajmy chwilę o rekrutacji akademickiej, bo to temat w pewnym sensie osobisty. Standardowe wyjaśnienie, dlaczego uniwersytety poszły tak daleko w rekrutacji opartej na rasie po 2020 roku, to lewicowe odchylenie i autocenzura. Ludzie naprawdę bali się odezwać. Jest w tym prawda. Nawet wpływowi profesorowie Harvardu z tenure, jak Steven Pinker i Jill Lepore, mieli trudności z kwestionowaniem nowych ortodoksji.

Ale głębszy problem polegał na tym, że akademicy po prostu nie rozmawiali z ludźmi spoza swoich instytucji. Wielu wykładowców i administratorów, którzy przyjęli rasowe równoważenie w rekrutacji, szczerze wierzyło, że robi właściwą rzecz. Spędzili lata wewnątrz instytucji, w których ta logika była tak znormalizowana, że nigdy im nie przyszło do głowy zapytać, czy społeczeństwo to popiera, czy jest to legalne, albo czy systematyczne wykluczanie kwalifikowanych kandydatów ze względu na rasę i płeć mogłoby być etycznie złe.

Gdyby zapytali, odpowiedzi byłyby jasne. Rasowa akcja afirmatywna w rekrutacji jest niezwykle niepopularna wśród amerykańskiego społeczeństwa i jest taka od dziesięcioleci. Podatnicy finansują uniwersytety, by te rozwijały naukę i dobro publiczne. Nikt nam nie płaci za utrzymywanie określonego składu rasowego wśród pracowników akademickich.

Skala tego, co się wydarzyło, jest dziś dobrze udokumentowana. Esej „Lost Generation” wykazał, że udział białych mężczyzn w zatrudnieniach na ścieżce tenure spadł z 49 procent w 2014 do 27 procent w 2024. Na UC Irvine zaledwie trzech z 64 zatrudnionych na ścieżce tenure w humanistyce i naukach społecznych od 2020 roku to biali mężczyźni (4,7 procenta). National Association of Scholars uzyskało wewnętrzne e-maile za pośrednictwem setek wniosków o dostęp do informacji publicznej, które wyraźnie pokazywały mechanizm: w jednym programie finansowanym przez NIH administratorka napisała „na pewno nie chcę zatrudniać białych mężczyzn”. Washington Free Beacon udokumentował podobne wzorce w całym kraju. Mogę też opowiedzieć o moich bezpośrednich doświadczeniach z członkami komisji rekrutacyjnych, którzy zaprosili mnie na wykład kwalifikacyjny, otwarcie mówiąc, że i tak się nie uda ze względu na moje pochodzenie rasowe (oczywiście większość byłaby na tyle sprytna, by mnie w ogóle nie zapraszać ani nic nie mówić).

Podsumowując: jeśli byliście białym lub azjatyckim mężczyzną na akademickim rynku pracy w 2020 lub 2021, szczególnie przybywającym z zagranicy, wasze marginalne szanse na uzyskanie pozycji na ścieżce tenure w wielu dziedzinach zbliżały się do zera, ceteris paribus. Fakt, że istniejąca kadra starszych profesorów była przeważnie biała i męska, nie był pocieszeniem dla ambitnego, ale spłukanego trzydziestolatka kończącego doktorat. Tak wielu błyskotliwych naukowców z ogromnym potencjałem zostało adjunktami bez przyszłości albo opuściło akademię, jeśli mieli szczęście. Szkody dla nauki w postaci opóźnionych lub nigdy niedokonanych odkryć są oszałamiające.

Zatem spadek zaufania publicznego do szkolnictwa wyższego w tym okresie był całkiem przewidywalny. Akademicy wiedzieli, co się dzieje. Wielu prywatnie się nie zgadzało. Ale niemal nikt nie mówił o tym publicznie, nie tłumaczył tego społeczeństwu ani nie wskazywał, że te polityki nie mają mandatu społecznego. To milczenie oddało pole wojownikom kulturowym z obu stron i uczyniło nieuniknioną reakcję zwrotną gorszą, niż musiała być. Kosztowało też pokolenie utalentowanych badaczy ich kariery, a to nie jest coś, wobec czego zdrowa profesja milczy.

Jak robić to lepiej

Pomijając nasze ponure problemy działania zbiorowego — jeśli jesteście akademikiem rozważającym większe zaangażowanie publiczne, oto trzy rzeczy, które uznałem za naprawdę przydatne.

Miejcie działającą stronę internetową. Przede wszystkim, na miłość boską, miejcie stronę internetową. Aktualną, dostępną stronę akademicką. Naprawdę nie rozumiem kolegów, którzy jej nie mają. Przekonanie, że dobra nauka sama znajdzie swoją publiczność, jest optymistyczne do granic urojenia w epoce, gdy ludzie są bombardowani informacjami z każdej strony.

Jeśli wykonaliście pracę, uczyńcie ją łatwą do znalezienia. Dzięki Claude Code moja własna strona będzie odtąd dostępna w kilkunastu językach świata, bo dostępność nie znaczy nic, jeśli kończy się na świecie anglojęzycznym. Właśnie ten tekst będzie dostępny na niej we wszystkich językach w momencie publikacji.

Prezentujcie swoje badania ludziom, którzy mogą się z wami nie zgadzać. To brzmi oczywisto, ale zaskakująco niewielu to robi, więc nie jestem w stanie polecić tego wystarczająco mocno. Idźcie do domu seniora lub na forum obywatelskie. Albo na Bluesky, jeśli piszecie o AI lub kwestiach LGBT. Publiczność w tych przestrzeniach jest politycznie i demograficznie znacznie bardziej różnorodna niż na jakimkolwiek seminarium uczelnianym. Zadadzą wam pytania, których wasi koledzy nigdy by nie zadali, a te pytania ujawnią, czy wasz argument utrzymuje się poza założeniami waszej dyscypliny. Kobieta z Charlotte, która zapytała mnie, dlaczego chcemy uczynić imigrację popularną, nauczyła mnie więcej w pięć minut niż wiele raportów z recenzji naukowych.

Piszcie dla publiczności. Załóżcie bloga lub newsletter. Nie musi to być Substack, choć wszyscy fajni ludzie w akademii coraz częściej są tutaj. Dyscyplina regularnego pisania dla pozaakademickiej publiczności zmienia sposób myślenia. Poprawia waszą prozę, co z kolei poprawia wasze prace akademickie. Wymusza jasność. I otwiera was na informacje zwrotne od ludzi z praktycznym doświadczeniem w rzeczach, które badacie. Niektóre z najbardziej użytecznych reakcji na mojego Substacka pochodziły od czytelników, którzy kwestionowali moje twierdzenia badawcze na podstawie własnego doświadczenia: wyborców, imigrantów, urzędników lokalnych, przedsiębiorców, a nawet anonimowych internautów. To forma recenzji naukowej, której akademia nie zapewnia.

Udzielajcie nagrywanych wcześniej wywiadów i bierzcie udział w podcastach naukowych. Prowadzący podcasty popularnonaukowe i polityczne zadają inne pytania niż akademicy. Chcą wiedzieć, co wasze wyniki oznaczają dla ludzi, którzy nie są specjalistami. Zmuszają do konkretu i precyzji. I często identyfikują perspektywy, które wy, zanurzeni we własnej literaturze, przeoczyliście. Nie zależy im na podchwytliwych pytaniach, więc prześlą wam pytania z wyprzedzeniem. Zdarzali mi się prowadzący, którzy zadawali pytania otwierające zupełnie nowe kierunki badawcze — rzeczy, o których żaden kolega akademik nie pomyślał, bo wszyscy w dziedzinie traktowali te same założenia jako oczywiste.

Czego nie robić lub robić z ostrożnością

Nie mylcie dyskusji w mediach społecznościowych z zaangażowaniem publicznym. Wdawanie się w wątki odpowiedzi na X czy Bluesky może sprawiać wrażenie kontaktu z publicznością, ale struktura bodźców na tych platformach nagradza ciętą ripostę i oburzenie, nie głębię. Wymiana zdań w 280 znakach rzadko zmienia czyjeś zdanie lub ulepsza wasze myślenie. Pisarstwo long-form, wykłady osobiste i substancjalne wywiady to miejsca, gdzie zachodzi prawdziwa pętla zwrotna. Używajcie mediów społecznościowych, by dzielić się swoją pracą i znajdować swoją publiczność — nie do prowadzenia debat. I tak, wiem, że sam powinienem częściej stosować się do tej rady.

Nie improwizujcie na nieznanych tematach. Najszybszy sposób na podważenie własnej wiarygodności jako akademika publicznego to pewne siebie wypowiadanie się o czymś, czego nie badaliście. Jedno nieudane wystąpienie na temat spoza waszej specjalizacji może przyćmić lata starannej pracy w waszej dziedzinie. Jeśli pytają was o coś pokrewne, albo przekierujcie na to, co faktycznie wiecie, albo powiedzcie „nie wiem o tym wystarczająco dużo, by dać wam użyteczną odpowiedź”. To zdanie, rzadko słyszane zarówno od publicystów, jak i akademików, zyskuje więcej szacunku niż półinformowana gorąca opinia.

Osobiście byłem wielokrotnie proszony o udział w programach informacyjnych na temat kryzysu na granicy USA-Meksyk, ale uprzejmie odmawiałem, bo to nie jest moja dziedzina. Podobnie teraz przeważnie odmawiam rozmów z dziennikarzami o AI, mimo mojej niedawnej sławy w tym temacie, bo jestem nowicjuszem.2 Umiejętność powiedzenia „to nie jest moja działka” sama w sobie jest formą intelektualnej uczciwości, która z czasem buduje wiarygodność.

Bądźcie ogólnie selektywni wobec zapytań medialnych, szczególnie wywiadów na żywo. Jeśli dziennikarz, którego znacie i szanujecie, zwraca się do was w temacie, który faktycznie badaliście, powinniście zdecydowanie z nim porozmawiać. Tylko liczcie się z tym, że poświęcicie kilka godzin na przygotowanie i rozmowę, a możecie nie zostać wymienieni lub, co gorsza, możecie zostać źle zinterpretowani, gdy artykuł się ukaże.

W przypadku wywiadów na żywo ryzyko jest wyższe: czas jest ograniczony i możecie nie wiedzieć, o co zostaniecie zapytani. Jeśli odzywa się ktoś, o kim nigdy nie słyszeliście, lub temat jest raczej pokrewny niż centralny dla waszej wiedzy, odpowiedzią w większości przypadków powinno być uprzejme nie. Chyba że chcecie stać się stereotypową „gadającą głową” z telewizji, oczywiście.

Napiszę o tym więcej wkrótce, ale mam wrażenie, że z pomocą agentycznych narzędzi AI naukowcy i eksperci powinni być coraz bardziej zdolni do tworzenia lepszych tekstów popularnych na swoje tematy niż dziennikarze generaliści.

Co tracimy, gdy badacze milczą

Stawka tego argumentu wykracza poza indywidualne kariery. Gdy badacze z prawdziwą wiedzą odmawiają kontaktu z publicznością, pozostawiają próżnię. A ta próżnia wypełniana jest przez dziennikarzy i publicystów bez odpowiedniego przygotowania, przez aktywistów ze swoimi celami, a w końcu przez polityków, którym wygodnie jest fałszować obraz tego, co mówią dowody. Rezultatem jest dyskurs publiczny o tematach naukowych uboższy, bardziej spolaryzowany i bardziej oderwany od dowodów, niż musiałby być.

Pisałem obszernie o tym, jak „dezinformacja wyższych sfer” rozwija się, gdy badania akademickie są filtrowane przez grupy advocacy i media, które usuwają zastrzeżenia i złożoność. Jednym ze sposobów walki z tym jest wyeliminowanie pośredników. Nie przez ich całkowite zastąpienie, ale przez zapewnienie, że pierwotni badacze również są w pokoju, w sekcji komentarzy, w newsletterze, wyjaśniając, co ich wyniki pokazują, a czego nie.

Fałszywy kompromis między „poważną nauką” a zaangażowaniem publicznym ma realne konsekwencje. Utrzymuje dobrą naukę w niewidzialności i pozwala złym argumentom przechodzić bez odporu. Pozbawia samych badaczy informacji zwrotnej, która uczyniłaby ich pracę lepszą. Jeśli jesteście naukowcami siedzącymi na wynikach, które mają znaczenie, i nie czynicie ich dostępnymi dla ludzi, których dotyczą, zostawiacie wartość na stole — dla waszej dziedziny i dla ludzi, którym wasze badania deklarują służyć.


1 Początkowo chciałem zaznaczyć, że mój argument odnosi się bardziej do nauk społecznych niż do czystych dyscyplin STEM. Rozumiem, że matematyk mógłby wnieść wkład poprzez przełomowy artykuł, nie pisząc nigdy kolumny w gazecie ani nie angażując się publicznie. Mój przyjaciel (czytajcie go!) zwrócił mi jednak uwagę, że wiele z tego nadal stosuje się do każdego naukowca, który musi uzasadnić swoje finansowanie przed społeczeństwem.

2 Jeśli chodzi o AI, niemal wszyscy są jednak nowicjuszami, więc mogę zrobić wyjątek dla niektórych osób, które szanuję, gdy mam coś wartościowego do powiedzenia.

Pierwotnie opublikowano na Substack.
To tłumaczenie zostało wykonane z pomocą AI i może nie w pełni oddawać oryginalne treści. Proszę odnieść się do angielskiej wersji na Substack jako tekstu wzorcowego.
Sugerowany sposób cytowania
Kustov, Alexander. 2026. "Zaangażowanie publiczne jest dobre dla Twojej nauki." Popular by Design, March 22, 2026. https://www.popularbydesign.org/p/public-engagement-is-good-for-your