Dlaczego krzyczenie o „skorumpowanych elitach” wydaje się w polityce skuteczne? Od Donalda Trumpa przez Viktora Orbána po Marine Le Pen — politycy, którzy atakują establishment i twierdzą, że przemawiają w imieniu „prawdziwego ludu”, wciąż wygrywają wybory. Populistyczny scenariusz — my przeciwko nim, czysty lud przeciwko zepsutej elicie — wydaje się jedną z najskuteczniejszych strategii we współczesnej polityce demokratycznej. Ale co, jeśli wcale tak nie jest?
Przez większą część dekady badałem retorykę populistyczną wspólnie z moją współautorką Yaoyao Dai, obecnie na University of Pittsburgh. Właśnie opublikowaliśmy nasz trzeci i najnowszy artykuł na ten temat i uznałem, że to dobry moment, by podsumować, co nasz program badawczy ustalił. Wersja skrócona: siła populizmu jest realna, ale znacznie bardziej ograniczona, niż większość ludzi zakłada. A powody, dla których działa, nie są takie, jakich można by oczekiwać.
Co rozumiemy przez populizm
Zanim przejdziemy do wyników — krótka definicja. Politolodzy na ogół podążają za wpływowym ujęciem Casa Muddego, który definiuje populizm nie jako pełny program polityczny, lecz jako prosty światopogląd (lub, jak to ujmuje Mudde, „cienką ideologię”). Światopogląd ten opiera się na trzech filarach: centryzm ludowy (polityka powinna odzwierciedlać wolę „ludu”), anty-pluralizm (istnieje jedna autentyczna wola ludowa, a nie wiele konkurujących interesów) i zmoralizowany anty-elityzm (elity nie tyle się mylą, co są złe). Naukowcy nazywają to populizmem „cienkim”, ponieważ niewiele mówi on o faktycznej polityce. Lewicowy populista jak Hugo Chávez i prawicowy populista jak Trump dzielą tę samą strukturę retoryczną — lud przeciwko elicie — ale nie zgadzają się praktycznie we wszystkim innym.
To rozróżnienie między populizmem a jego „ideologią-gospodarzem” (rzeczywistymi stanowiskami politycznymi danego polityka) okazuje się kluczowe. Bo kiedy je rozdzielamy, wyłania się coś zaskakującego.1
Kiedy politycy stawiają na populizm
Nasz pierwszy artykuł, „When Do Politicians Use Populist Rhetoric?”, opublikowany w 2022 roku w Political Communication, postawił zwodniczo proste pytanie: jeśli retoryka populistyczna jest tak skuteczna, dlaczego nie wszyscy politycy stosują ją przez cały czas?
Aby na to odpowiedzieć, zbudowaliśmy najbardziej kompleksowy w tamtym czasie korpus przemówień z amerykańskich kampanii prezydenckich: 4 314 przemówień od 1952 do 2016 roku. Zastosowaliśmy nowatorską metodę analizy tekstu łączącą aktywne uczenie się i embeddingi słów, by zmierzyć, ile retoryki populistycznej każdy kandydat stosował w trakcie kampanii. Ja (Alex) powinienem dodać, że dzięki umiejętnościom Yaoyao przeprowadziliśmy całą tę zaawansowaną analizę tekstu, zanim stało się to modne i zanim LLM-y w ogóle istniały.
Wzorzec był uderzający. Kandydaci, którzy przegrywali w sondażach, konsekwentnie stosowali więcej retoryki populistycznej — niezależnie od tego, czy byli republikanami czy demokratami, urzędującymi prezydentami czy pretendentami. Populizm, argumentowaliśmy, to hazard: strategia wysokiego ryzyka i dużej zmienności, którą kandydaci z tyłu stawki przyjmują, bo konwencjonalna kampania nie działa. Jeśli i tak już przegrywasz — czemu nie spróbować zamieszać?
Pomyślcie o drużynie futbolu amerykańskiego, która przegrywa w czwartej kwarcie. Zaczynają rzucać długie podania nie dlatego, że mają wyższą wartość oczekiwaną, ale dlatego, że bezpieczna gra gwarantuje porażkę. Barry Goldwater, George McGovern i Donald Trump (w 2016 roku, gdy większość sondaży dawała mu gorsze wyniki) — wszyscy pasują do tego wzorca. Sięgnęli po retorykę populistyczną, kiedy mieli niewiele do stracenia.
(Nie)skuteczność retoryki populistycznej
Ale czy hazard faktycznie się opłaca? Nasz drugi artykuł, opublikowany w Political Science Research and Methods w 2024 roku, przetestował to bezpośrednio za pomocą eksperymentu ankietowego.
Przedstawiliśmy amerykańskim respondentom pary realistycznych przekazów kampanijnych hipotetycznych kandydatów w prawyborach. Przekazy różniły się na dwóch wymiarach: cechy populistyczne (język skoncentrowany na ludzie, ataki na elity, framing anty-pluralistyczny) i merytoryczne stanowiska polityczne (w sprawie imigracji i innych tematów). Taki design pozwolił nam wyizolować efekt retoryki populistycznej od treści politycznych — coś, co jest niemal niemożliwe przy obserwacji rzeczywistych wyborów, gdzie populizm i stanowiska polityczne występują w pakiecie.
Wynik był jednoznaczny: żadna z cech populistycznych nie miała samodzielnego wpływu na wybór kandydata. Nie centryzm ludowy, nie anty-elityzm, nie anty-pluralizm. Ani pojedynczo, ani w połączeniu. To, co ogromnie się liczyło, to stanowiska polityczne zgodne z własnymi preferencjami wyborców. Wyborcy wybierali kandydatów na podstawie tego, co obiecywali zrobić, a nie tego, jak dramatycznie przedstawiali konflikt między ludem a elitą.3
Ten wynik jest spójny z innymi pracami eksperymentalnymi. Gdy badacze w wielu krajach starannie oddzielają styl populistyczny od treści politycznej, sam styl ma bardzo niewielki wkład w decyzje wyborców.
Zatem: jeśli retoryka populistyczna nie przekonuje wyborców — dlaczego wydaje się działać? Dlaczego populistyczni kandydaci wciąż wygrywają?
Do czego populizm naprawdę się przydaje
Ta zagadka zmotywowała nasz najnowszy artykuł, nasz pierwszy w historii zarejestrowany raport (registered report — w którym naukowcy publicznie precyzują swoje hipotezy przed przeprowadzeniem eksperymentu), opublikowany teraz w Research & Politics. Postawiliśmy hipotezę, że rzeczywisty wkład populizmu może nie polegać na perswazji, lecz na mobilizacji: nakłonieniu ludzi, którzy już się z tobą zgadzają, by faktycznie poszli głosować.
Wcześniejsze badania, w tym nasze własne, wykorzystywały tak zwany design eksperymentu conjoint z „wymuszoną odpowiedzią”: respondenci musieli wybrać jednego lub drugiego kandydata. Ale w prawdziwych wyborach ludzie mogą też zostać w domu. Aby to uchwycić, przeprowadziliśmy zakrojony na szeroką skalę, zarejestrowany eksperyment ankietowy z opcją „wstrzymania się od głosu” — pozornie drobna zmiana, która okazuje się mieć duże znaczenie.
Co odkryliśmy? Po pierwsze, podstawowy wynik dotyczący perswazji się potwierdził: stanowiska polityczne wciąż zdecydowanie dominowały nad retoryką populistyczną w kształtowaniu wyboru głosowania. Posiadanie kandydata zgodnego politycznie zwiększało prawdopodobieństwo oddania głosu o aż 27 punktów procentowych. Retoryka populistyczna natomiast nie miała żadnego istotnego efektu perswazyjnego.
Ale oto zwrot akcji: retoryka populistyczna miała mały, lecz statystycznie istotny efekt mobilizacyjny. Obecność przynajmniej jednego populistycznego kandydata w wyścigu wiązała się ze spadkiem absencji o ~1,5 punktu procentowego. Efekt koncentrował się wśród wyborców, którzy już mieli populistyczne postawy i napotkali kandydata, którego stanowiska polityczne im odpowiadały. Innymi słowy, retoryka populistyczna nie nawracała sceptyków; mobilizowała już przekonanych do podniesienia się z kanapy.
Jednocześnie niepopulistyczni wyborcy nie wydawali się karać swoich preferowanych kandydatów za używanie retoryki populistycznej. Ta asymetria jest kluczowa: populizm jest tanim narzędziem mobilizacji. Rozpalał bazę wyborczą, nie zrażając wyborców niezdecydowanych.
Czy hipotetyczne, ale rzetelnie zidentyfikowane ~1,5 punktu procentowego to dużo? W większości wyborów nie. Ale w ścisłym wyścigu — a współczesne wybory w USA i Europie często rozstrzygają się minimalnymi marginami — nawet niewielka przewaga mobilizacyjna może być decydująca. To może wyjaśniać pozorny paradoks: retoryka populistyczna nie zmienia wielu opinii, ale nie musi. Wystarczy, że doprowadzi kilku dodatkowych zwolenników do urn.
Kwestia wzmocnienia medialnego
Warto rozważyć jeszcze jedną możliwość: rolę mediów. Retoryka populistyczna jest niemal z natury dramatyczna i medialna. Kiedy kandydat określa cały establishment polityczny jako skorumpowany i ogłasza się głosem zapomnianych ludzi, generuje to relacje medialne, a relacje generują rozpoznawalność, która przekłada się na głosy.
Najbardziej wymownym przykładem jest kampania Trumpa w 2016 roku, która tylko podczas prawyborów otrzymała szacunkowo 2 miliardy dolarów darmowej ekspozycji medialnej — znacznie więcej niż jakikolwiek rywal. Znaczna część tej relacji wynikała z jego populistycznego stylu: skandaliczne twierdzenia, ataki na „bagno”, wiece zaprojektowane pod telewizję. Dziennikarze nie mogli oderwać wzroku. Istnieją też pewne dowody w rosnącej literaturze o populizmie medialnym, że ten wzorzec wykracza poza Trumpa — populistyczni kandydaci w różnych krajach otrzymują nieproporcjonalnie dużo uwagi medialnej w stosunku do ich faktycznej pozycji wyborczej. To samo niedawno stwierdził nasz kolega z Notre Dame Marc Jacob, choć w przypadku negatywnej polityki i obelg politycznych ogólnie — przyciągają i generują uwagę.
Jeśli główna korzyść retoryki populistycznej polega na generowaniu nieproporcjonalnej uwagi medialnej, która następnie przekłada się na rozpoznawalność i mobilizację, to mechanizm nie dotyczy tak naprawdę tego, co populizm mówi wyborcom. Dotyczy tego, co populizm mówi dziennikarzom. Jest to spójne z naszym ustaleniem, że populizm mobilizuje, a nie przekonuje. Hipoteza wzmocnienia medialnego wymaga jednak jeszcze bezpośredniego przetestowania, i ambitni doktoranci powinni się tego zdecydowanie podjąć (chyba że my lub nasz Claude Code ich wyprzedzimy).
Co to wszystko oznacza?
Do czego więc populizm naprawdę się przydaje? Na podstawie naszych i innych najnowszych badań podsumowalibyśmy to tak:
Retoryka populistyczna to hazard, podejmowany głównie przez kandydatów, którzy już przegrywają. To strategia zwiększająca wariancję, a nie recepta na zwycięstwo.
Nie przekonuje. Wyborcy interesują się stanowiskami politycznymi, nie populistycznym framingiem. „Ideologia-gospodarz” — to, co faktycznie obiecujesz zrobić — liczy się znacznie bardziej niż dramatyzm, z jakim przedstawiasz konflikt ludu z elitą.
Może nieznacznie mobilizować, zwłaszcza wśród wyborców, którzy już mają populistyczne postawy i zgadzają się z kandydatem merytorycznie. To skromny, ale w wyrównanych wyborach potencjalnie znaczący efekt.
Wzmocnienie medialne może być kluczowym mechanizmem, zamieniającym populistyczny dramat w nieproporcjonalną relację medialną. Potrzebujemy jednak więcej bezpośrednich dowodów.
Najważniejszy wniosek — zarówno dla tych, którzy się populizmu obawiają, jak i dla tych, którzy ulegają jego pokusie — jest taki, że treść liczy się bardziej niż styl. Politycy, którzy dostarczają namacalne rezultaty lub wiarygodnie obiecują je dostarczyć, osiągną lepsze wyniki niż ci, którzy po prostu głośniej krzyczą o skorumpowanych elitach. Jest to zgodne z tym, co ja (Alex) argumentuję w mojej ostatniej książce In Our Interest w kontekście imigracji: polityki, które są wykazalnie korzystne, robią więcej dla zdobycia i utrzymania poparcia publicznego niż jakiekolwiek zabiegi retoryczne.
Populizm nie jest niczym. Ale nie jest też wszechmocną bronią wyborczą, za jaką bywa przedstawiany. Nie mylcie głośności ze skutecznością. Politycy, którzy wciąż wygrywają na populistycznych platformach, wygrywają głównie dzięki temu, co obiecują i robią — nie dzięki temu, jak o tym mówią.
1 Istnieją też inne definicje populizmu, a nawet slopulizmu. Dla szerszego przeglądu Yaoyao i ja napisaliśmy niedawno krótkie wprowadzenie do badań nad populizmem dla Good Authority.
2 Przystępne omówienie naszego pierwszego artykułu można znaleźć w naszym tekście na 3Streams.
3 Przystępne omówienie naszego drugiego artykułu można znaleźć w naszym tekście na Loop.
