Duża część debaty politycznej o imigracji to walka o jej „skutki”. Z jednej strony przeciwnicy ostrzegają, że imigracja obniża płace, podnosi przestępczość i niszczy spójność społeczną. Z drugiej strony zwolennicy upierają się, że imigracja napędza wzrost, nie zwiększa przestępczości, a nawet może ją obniżać. Obie strony, zwłaszcza generalnie bardziej wykształcona strona proimigracyjna, lubią mówić, że „dane” są po ich stronie, i mogą wskazać badania, wykresy, a nawet modele regresji na poparcie tego. To, co chciałbym tutaj argumentować, to to, że obie strony… się mylą.
Wysłuchajcie mnie. Jestem coraz bardziej przekonany, że niezależnie od waszych empirycznych przekonań, twierdzenia o pozytywnych lub negatywnych skutkach „imigracji” (i bardziej abstrakcyjnych pojęć jak „nierówność” czy „różnorodność”) są w ogromnym stopniu mylące. I nie próbuję tu być po prostu przekorny czy odruchy centrysta. Gdy ktoś mówi, że powinniśmy uznać, iż imigracja ma mieszankę dobrych i złych skutków, jest to nieco lepsze… ale też nieprawidłowe.
Oczywiście istnieje obszerna, starannie prowadzona literatura akademicka na temat związku między imigracją a takimi kwestiami jak płace i przestępczość, zazwyczaj wskazująca na neutralne lub pozytywne skutki. Lauren Gilbert wykonała świetną serię bieżących postów podsumowujących ogromną jej część, którą gorąco polecam sprawdzić. Przez dłuższy czas jednak coś mnie niepokoiło w samej idei dociekania „skutków” wielkich pojęć takich jak imigracja. Niedawny post Tibora Rutara o tym, czy nierówność podważa demokrację, oraz dyskusja o prawdopodobnie zawyżonej roli badań ankietowych w rewolucji wiarygodności pomogły mi to nieco lepiej sprecyzować.
Więc to, o czym spróbuję was przekonać, to to, że „imigracja” w abstrakcji nie może i nie ma żadnych prawdziwych, a przynajmniej praktycznie prawdziwych, identyfikowalnych skutków na istotne wyniki publiczne. Dzieje się tak dlatego, że „imigracja” nie jest decyzją ani dźwignią polityczną, którą można celowo manipulować. Nie jest nawet jedną konkretną rzeczą. Jest opisem różnych ludzi przemieszczających się między różnymi miejscami według różnych zasad.
Moja myśl nie dotyczy tylko semantyki. Dotyczy tego, co możemy realistycznie wiedzieć i co możemy praktycznie zmienić. Problem z mówieniem, jakby „imigracja” miała jakieś prawdziwe skutki, które musimy odkryć, polega na tym, że ukrywa to faktyczne decyzje podejmowane przez państwa o tym, kto może przyjechać, na jakich warunkach i co dzieje się po przyjeździe. To właśnie te decyzje mają skutki, ponieważ ludzie i rządy mogą je celowo zmieniać. Niektóre polityki i decyzje imigracyjne mogą i faktycznie produkują lepsze lub gorsze rezultaty niż inne. Pytanie brzmi, które.
Selektywia i Inkluzywia: opowieść o dwóch państwach
Żeby zobaczyć, dlaczego to ma znaczenie, warto zacząć od prostego eksperymentu myślowego. Pozwólcie, że opowiem wam historię dwóch (całkowicie fikcyjnych) krajów. Nazwijmy je Selektywia i Inkluzywia.
Oba są bogatymi demokracjami o podobnych gospodarkach, gdzie ludzie mówią tym samym językiem. Oba otrzymują mniej więcej tę samą liczbę kulturowo odmiennych imigrantów per capita każdego roku z dokładnie tego samego biedniejszego regionu. Gdybyście tylko spojrzeli na ich wskaźniki migracji netto i pochodzenie imigrantów, nie oczekiwalibyście znaczącej różnicy w istotnych rezultatach.
Ale z różnych powodów ich rządy zdecydowały się prowadzić swoje systemy imigracyjne bardzo odmiennie. Selektywia stosuje bardzo wymagający system punktowy. Przyjmuje głównie wysoko wykształconych pracowników ze znajomością języka i ofertami pracy w produktywnych sektorach. Weryfikuje ludzi starannie i egzekwuje zasady. Poważne przestępstwo może skutkować deportacją. Pracodawcy zatrudniający nieautoryzowanych pracowników ponoszą realne kary.
Inkluzywia jest również bogata, ale nie chce być postrzegana jako „wybredna”, ponieważ głosi inkluzywność (no kto by pomyślał!). Opiera się głównie na przyjęciach humanitarnych i łączeniu rodzin, utrzymując ścieżki imigracji pracowniczej ciasno. Pozwala na długie zaległości w wizach pracowniczych, zabrania osobom ubiegającym się o azyl legalnej pracy (dla ich dobra), ale też słabo egzekwuje te zasady. Wielu przybyszów ląduje w nieformalnych pracach i w etnicznych dzielnicach z niewielkim wsparciem zewnętrznym.
Na papierze oba kraje mają „wysoką, etnicznie zróżnicowaną imigrację”. W praktyce przenoszą różnych ludzi do różnych środowisk prawnych i ekonomicznych. Teraz wyobraźcie sobie, że najlepsi naukowcy Selektywii i Inkluzywii próbują odpowiedzieć na pytanie „Czy imigracja zwiększa przestępczość?” w swoich krajach, używając najlepszych danych administracyjnych i quasi-eksperymentalnych strategii identyfikacji.
W Selektywii imigranci są surowo prześwietlani, szybko zatrudniani i wiedzą, że każde poważne przestępstwo może skutkować deportacją. Nie bylibyście zaskoczeni, gdyby okazało się, że popełniają mniej przestępstw niż porównywalni rodacy. W Inkluzywii sprowadzają wielu młodych mężczyzn z niewielkimi legalnymi opcjami zatrudnienia, więc możecie znaleźć wyższe wskaźniki przestępczości wśród imigrantów. Nawet jeśli interesuje was tylko to, co dzieje się w jednym z tych krajów, wyraźnie byłoby błędem wnioskowanie, że „imigracja” jest z natury dobra lub zła dla bezpieczeństwa publicznego.
Czy wszystko będzie różne w obu krajach? Nie. W obu miejscach, na przykład, naukowcy prawdopodobnie stwierdzą, że imigranci częściej mówią innymi językami niż rodacy. To po prostu część tego, co znaczy być imigrantem. Ale w przypadku rezultatów, na których politycznie nam zależy — płace, wpływy fiskalne, przestępczość — liczy się nie „imigracja” w abstrakcji. Liczy się to, jak system jest zaprojektowany i kogo sprowadza.
Oczywiście, nawet skutki polityk zależą od kontekstu. Wielka Brytania, na przykład, kilka razy próbowała zaadaptować australijski system punktowy, ale zrobiła z tego bałagan. Skopiowanie ustawy nie kopiuje jej skutków. Mimo to jest znacząca różnica między powiedzeniem „imigracja zwiększa przestępczość” a powiedzeniem „zabronienie uchodźcom pracy przez rok po przyjeździe ma tendencję do zwiększania przestępczości”. Pierwsze to głównie abstrakcyjny slogan polityczny. Drugie to coś, co możemy zidentyfikować, o czym możemy dyskutować i co możemy realnie zmienić.
Co ludzie mają na myśli, mówiąc „imigracja wpływa na przestępczość”?
Międzynarodowa Organizacja ds. Migracji definiuje imigrację jako „akt przemieszczenia się do kraju innego niż kraj narodowości lub zwykłego miejsca zamieszkania”.1 Jest to opis przestrzennego procesu demograficznego determinowanego przez wiele czynników wypychających i przyciągających, a nie jedna wielkość. Nie istnieje rząd światowy ani żaden inny podmiot, który mógłby podkręcić lub przykręcić „pokrętło imigracji”.
Gdy zwykli ludzie mówią „imigracja podnosi przestępczość”, często mają na myśli albo więcej przypadków przestępstw w liczbach bezwzględnych, albo bardzo konkretny obraz pewnych obcokrajowców popełniających przestępstwa, transmitowany przez media. Gdy zwolennicy mówią „imigracja nie podnosi przestępczości”, często mają na myśli, że imigranci popełniają przestępstwa w niższym tempie niż urodzeni w danym kraju, co jest prawdą w niektórych, ale nie we wszystkich kontekstach.
Gdy badacze mówią o tym, czy jedna rzecz „powoduje” inną, zazwyczaj mają na myśli kontrfaktyczne stwierdzenie lub coś w rodzaju operatora „do” Judei Pearla: co by się stało, gdybyśmy zmienili X, utrzymując wszystko inne w świecie na stałym poziomie. Najczystszym sposobem na to jest randomizowane badanie kontrolowane: podajesz leczenie grupie eksperymentalnej i nic (lub placebo) grupie kontrolnej, a następnie porównujesz wyniki. Niestety, ustalenie, co by się stało, gdybyśmy zwiększyli lub zmniejszyli „imigrację”, jest bardziej złożone.
Naukowcy społeczni często stosują różne projekty badawcze: analizują zmiany po pewnym szoku, jak w przypadku słynnego badania Mariel Boatlift, lub „zmienne instrumentalne shift-share”, patrząc na wcześniej istniejące sieci etniczne. W realnym świecie jednak jedynym sposobem na zastosowanie operatora „do” do imigracji jest celowa polityka i podejmowanie decyzji. Demokratyczne rządy mogą zdecydować się na zmianę limitów wizowych, kryteriów kwalifikacyjnych, praktyk egzekwowania lub praw po przyjeździe, i te zmiany prowadzą do różnych liczb i typów przemieszczających się ludzi.2
Niektórzy ekonomiści, jak James Heckman, nazywają wpływ konkretnej zmiany reguł lub decyzji „efektem leczenia istotnym z punktu widzenia polityk”. Biorąc pod uwagę ten model, zamiast pytać „Jaki jest wpływ imigracji na przestępczość?” powinniśmy raczej pytać „Jaki jest wpływ przyjęcia tej konkretnej grupy pracowników w ramach tego programu wizowego w tym okresie na przestępczość?” Brzmi to bardziej wąsko, ale jest to jedyny rodzaj „skutku związanego z imigracją”, który możemy faktycznie zidentyfikować.
Problem to nie tylko brak niuansów
Gdy to zobaczycie, wiele z debaty publicznej wygląda dziwnie. W Stanach Zjednoczonych najbardziej rygorystyczne badania mają tendencję do stwierdzania, że wszystkie możliwe typy imigrantów, średnio, popełniają mniej przestępstw niż rodacy i że wiarygodnie egzogeniczne zmiany w imigracji nie są związane z wyższymi wskaźnikami przestępczości. Dane europejskie są znacznie bardziej zróżnicowane, częściowo dlatego, że populacje migranckie i środowiska egzekwowania prawa są bardzo różne.3
Jednak proimigracyjni naukowcy i rzecznicy często skaczą od tych ustaleń do bardziej szerokich twierdzeń o skutkach imigracji. W rezultacie mamy ludzi w Europie pewnie deklarujących, że nauka dowodzi, iż „imigracja nie podnosi przestępczości”, cytując amerykańskie badania i dane, jakby to była jakaś absolutna prawda. Jednocześnie, jak niedawno zauważył Matt Burgess, mamy też często amerykańskich restrykcjonistów cytujących europejskie dane o przestępczości, jakby wzrost przestępstw wśród źle zintegrowanej młodzieży uchodźczej w Szwecji mówił, co się stanie, jeśli rozszerzy się wysokowykwalifikowane wizy pracownicze dla większej liczby Hindusów w USA.
Migracja jest tym, co z niej zrobisz. Jeśli twoja polityka selekcjonuje wykształconych profesjonalistów, sprawdza ich historię kryminalną i czyni każde poważne przestępstwo podstawą do deportacji, powinieneś oczekiwać bardzo niskich wskaźników przestępczości wśród imigrantów. Jeśli twoja polityka pozostawia młodych mężczyzn bez legalnego sposobu na pracę, w marginalizowanych dzielnicach, z niewielkim wsparciem i słabym egzekwowaniem prawa, powinieneś oczekiwać większej przestępczości. Oba te systemy można nazwać „imigracją”. Żaden nie mówi ci, co „imigracja” jako taka robi.
Jestem życzliwy wobec argumentu, że nie zawsze możemy uwzględniać niuanse w komunikacji publicznej. Jeśli dołączysz do każdego zdania każde zastrzeżenie, które znasz, nikt nie skończy twojego felietonu. Ale problem tutaj nie polega na zbyt dużej ilości niuansów. Chodzi o niewłaściwy poziom abstrakcji.
Gdy mówimy „imigracja obniża przestępczość”, nie przecinamy odważnie przez złożoność. Pomijamy jedyne dźwignie, które faktycznie kontrolujemy — polityki — i udajemy, że istnieje pojedynczy, pozbawiony kontekstu obiekt zwany „imigracją”, którego prawdziwy skutek musimy po prostu odkryć.
Polityki to dźwignie, które poruszają rezultatami
Więc co ma skutki? Tutaj myślę, że „rewolucja wiarygodności” w ekonomii i naukach politycznych ma właściwą podstawową ideę. Najbardziej przydatne badania to nie te, które próbują oszacować jakiś wielki, wolny od polityk efekt imigracji w ogóle. To te, które czysto identyfikują konsekwencje konkretnej, realistycznej zmiany w polityce dla ludzi na marginesie tej polityki. Pomyślcie o rządach podnoszących lub obniżających limit wizowy, zmieniających zasady autoryzacji pracy lub zaostrzających egzekwowanie w jakiejś dziedzinie.
Nawet gdybyśmy mieli doskonałe dane i nieograniczone zasoby, nie moglibyśmy powiedzieć „prawdziwy skutek imigracji na przestępczość to X”. Nie ma jednego parametru do oszacowania. Każde wiarygodne twierdzenie będzie zawsze dotyczyło konkretnej zmiany politycznej dla konkretnej grupy w konkretnym środowisku. Ale powinno być możliwe powiedzenie, że „skutek wprowadzenia programów językowych dla imigrantów w różnych kontekstach wynosi średnio Y”.
Michael Clemens i Ethan Lewis oferują ładny przykład takich „efektów leczenia istotnych z punktu widzenia polityk” w swoim badaniu nisko wykwalifikowanych wiz pracowniczych w USA. Zamiast pytać, jak wielu, czy „imigracja pomaga czy szkodzi amerykańskim pracownikom”, wykorzystują loterię wiz H-2B — losowy limit na nisko wykwalifikowanych nierolniczych pracowników gościnnych — aby porównać podobne firmy, które losowo wygrywają i przegrywają dostęp do tych pracowników. Stwierdzają, że firmy, które mogą zatrudnić więcej pracowników H-2B, rozszerzają produkcję i inwestycje, bez dowodów na ogólne straty miejsc pracy dla amerykańskich pracowników i z możliwymi zyskami w niektórych obszarach.
Możecie powiedzieć, że to fakt o „imigracji”. Ale, bardziej precyzyjnie, to fakt o tym, co się dzieje, gdy pozwalamy amerykańskim firmom zatrudniać więcej nisko wykwalifikowanych pracowników sezonowych, legalnie, przez konkretny program, w loterii wiz H-2B z 2021 roku i jej następstwach. To jest dokładnie rodzaj rzeczy, o których decydenci faktycznie decydują i na których im zależy. Oczywiście, gdy mamy wiele takich badań ze zbieżnymi wynikami, możemy bardziej generalizować. Ale ostatecznie będzie to generalizacja o politykach regulujących imigrację, niekoniecznie o samej imigracji.
Dygresja: nierówność i różnorodność też nie są rzeczami, które mają skutki
Jeśli wciąż nie jesteście przekonani, mam nadzieję, że możecie przynajmniej przyznać, że ten sam problem musi występować w przypadku jeszcze bardziej abstrakcyjnych pojęć jak „nierówność” i „różnorodność”. Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłem w zajęciach z nauk społecznych na studiach licencjackich, uderzyło mnie, jak wiele socjologii i pokrewnych dyscyplin jest zorganizowane wokół nierówności i dysproporcji między różnymi grupami. Nie tylko jako możliwe wyniki badawcze, ale przyczyny innych ważnych rzeczy, takich jak demokracja i konflikty zbrojne.
Wciąż uważam, że oba tematy mają znaczenie jako ważne narzędzia diagnostyczne czy wskaźniki do pomiaru. Ale same w sobie nie są dźwigniami. Nierówność to podsumowanie rozkładu dochodów. Różnorodność to podsumowanie miksu demograficznego. Żadne z nich nie wyskakuje z danych i nie zmienia twojego życia samo z siebie. Powód, dla którego niektóre miejsca są bardziej (nie)równe lub zróżnicowane od innych, nigdy nie jest losowy i jest zdeterminowany przez różne wzajemnie powiązane czynniki. Więc gdy inteligentni ludzie mówią „nierówność szkodzi demokracji” lub „różnorodność podważa zaufanie społeczne”, wskazując na jakieś korelacje międzynarodowe lub nawet badania quasi-eksperymentalne, naprawdę nie jestem pewien, jak interpretować te stwierdzenia.
Jak pokazuję w swoich badaniach z Giulianą Pardelli, wykorzystując nowe dane z Brazylii, wiele obserwowanych negatywnych (lub pozytywnych) skutków lokalnej różnorodności etnicznej jest wynikiem artefaktu statystycznego związanego z historycznym rozwojem państwa i motywacjami pewnych populacji do osiedlania się na bardziej odległych terenach. Istnieją pewne historyczne przykłady autorytarnych rządów celowo przesiedlających całe grupy etniczne, ale mam nadzieję, że nie jest to coś, co ktokolwiek chciałby naśladować czy powtarzać.
Jednocześnie, jeśli rządy zdecydują się zmniejszyć mierzoną nierówność, konfiskując majątek wszystkich w górnym 1% i wyrzucając go do morza (lub na jakiś nieskuteczny program), uzyskacie bardzo odmienne „skutki” niż gdybyście zmniejszyli nierówność, podnosząc dochody dolnej połowy, powiedzmy, poprzez transfery gotówkowe. Oba pokażą się jako niższy współczynnik Giniego. Tylko jedno będzie (relatywnym) sukcesem dla ludzkiego dobrobytu.
Więc co robić?
Choć „migracja” rozumiana jako opis ludzi przemieszczających się między miejscami nie ma jednego i prawdziwego identyfikowalnego skutku, sposób, w jaki ją regulujemy, prawdopodobnie ma. Dopuszczalne jest używanie skrótów jak „imigracja podnosi produktywność” czy „imigracja nie zwiększa przestępczości” w nagłówku. Ale jako badacze i komentatorzy nie powinniśmy mylić naszych własnych skrótów z absolutną prawdą.
Co ważne, chodzi nie o to, że powinniśmy priorytetowo traktować niszowe, dobrze zidentyfikowane badania randomizowane nad większymi badaniami opisowymi czy nawet modelowaniem teoretycznym. Dobre, istotne dowody to nie tylko sprytna identyfikacja przyczynowa. Chodzi o powiązanie tej identyfikacji z konkretną dźwignią polityczną. Zamiast pytać „Czy imigracja jest dobra czy zła?”, powinniśmy pytać „Jeśli zmienimy te alokacje wizowe w ten sposób, co stanie się z innowacyjnością, płacami i opinią publiczną?”
To ma dwie praktyczne implikacje. Po pierwsze, powinniśmy być znacznie bardziej precyzyjni co do tego, o czym faktycznie mówimy, przynajmniej w przypadku raportów technicznych i artykułów naukowych. Zamiast mówić „imigracja zmniejsza przestępczość”, mówmy „w najnowszych danych z USA, legalni imigranci z silnymi powiązaniami na rynku pracy i ryzykiem deportacji popełniają mniej przestępstw niż porównywalni rodacy”. To bardziej kłopotliwe, ale uczciwe i faktycznie użyteczne.
Po drugie, zarówno w rzecznictwie, jak i w analizie, powinniśmy zmusić się do myślenia w kategoriach lepszych i gorszych polityk, a nie lepszych i gorszych „ilości imigracji”. Jeśli jesteś zwolennikiem, zadaj sobie pytanie nie tylko, jak imigracja może być dobra, ale jak może realistycznie być zła i pod jakimi zasadami. Jeśli jesteś sceptyczny, zadaj sobie pytanie, jaki konkretny system przekonałby cię, że pewni migranci poprawiają usługi publiczne, płacą więcej w podatkach niż otrzymują w świadczeniach i zmniejszają przestępczość w pewnych obszarach. Jakie kryteria przyjęć, praktyki egzekwowania i polityki integracyjne uczyniłyby te rezultaty bardziej prawdopodobnymi?
Jak niedawno powiedziałem Kelsey Piper dla jej tekstu w The Argument, nie mam cierpliwości do ludzi, którzy twierdzą, że nie musimy zmieniać polityki imigracyjnej, bo „wszystkie poważne badania pokazują, że imigracja jest już korzystna”. Albo że przyznanie, iż niektóre polityki imigracyjne mają złe rezultaty, gra na rękę prawicowym ksenofobicznym narracjom.
Status quo polityczny w większości krajów OECD jest daleki od optymalnego. W gospodarce rynkowej zabranianie lub mocne zniechęcanie ludzi do przemieszczania się tam, gdzie są najbardziej produktywni, jest złe dla nich i złe dla wszystkich innych. Trudno to moralnie uzasadnić. Jednak to wciąż nie oznacza, że „imigracja” w abstrakcji jest dobra pod jakimkolwiek reżimem, ani że możemy ignorować projektowanie systemu.
Migracja to w zasadzie wymyślne słowo na opisanie przemieszczania się ludzi, co robią od wieków. Złe polityki zamieniają te przemieszczenia w różne straty, ale dobre polityki mogą zamienić je w zyski. Skutki lepszych regulacji, a nie „imigracji” jako jakiegoś pojedynczego metafizycznego obiektu natywistycznego strachu czy humanitarnego świętego prawa, to jest to, o czym powinniśmy więcej dyskutować.
Niektóre definicje precyzują również, że termin „imigracja” jest zarezerwowany wyłącznie dla „stałego osiedlenia”, ale to rozróżnienie jest raczej nieistotne dla celów tego postu. ↩
Organizacje non-profit mogą również zdecydować się na finansowanie programu integracyjnego zgodnie z zasadami rządowymi, a osoby fizyczne mogą zdecydować się na wspieranie określonych partii politycznych lub organizacji non-profit w oparciu o swoje preferencje imigracyjne. ↩
Doskonałe przeglądy Lauren Gilbert na temat imigracji i przestępczości w Stanach Zjednoczonych oraz imigracji i przestępczości w Europie jasno to pokazują. ↩
