← Powrót do Biuletynu
Kraje zachodnie nie 'potrzebują' imigracji

Kraje zachodnie nie 'potrzebują' imigracji

Wielu ludzi powiedziało mi, że mój ostatni post kwestionujący proimigracyjną ortodoksję był jak powiew świeżego powietrza. Kontynuując temat radykalnej uczciwości, uważam, że musimy też zastanowić się, czy kraje w ogóle potrzebują obcokrajowców.

Bądźmy ze sobą szczerzy: żaden zachodni kraj nie upadnie bez imigracji. Stany Zjednoczone to potężne, funkcjonalne państwo. Podobnie Japonia, Niemcy, Francja i większość Europy. Światła będą się świecić. Pociągi będą jeździć. Amerykański Super Bowl poradzi sobie bez obcokrajowców śpiewających po hiszpańsku.1

Proimigracyjni rzecznicy, którzy twierdzą inaczej — którzy upierają się, że imigracja to „jedyne politycznie wykonalne rozwiązanie załamania populacyjnego”, że normalny wzrost PKB będzie „niemożliwy” bez utrzymania przepływów imigracyjnych, że nikt inny nie zaopiekuje się waszymi starymi rodzicami — przesadzają ze swoimi twierdzeniami. I robiąc to, tracą wiarygodność w oczach właśnie tych ludzi, których muszą przekonać. Gdy mówisz komuś, że jego kraj nie przetrwa bez imigracji, a ten ktoś rozgląda się i widzi, że kraj przetrwa bez problemu, nie przedstawiłeś argumentu. Ułatwiłeś ludziom zlekceważenie samego siebie.

Pozwólcie więc, że zacznę tam, gdzie zaczynają sceptycy imigracyjni, i wyjaśnię, dlaczego żaden kraj nie potrzebuje imigracji. Ale w duchu radykalnej uczciwości prosiłbym moich restrykcjonistycznych przyjaciół o rewanż — i pociągnięcie własnego argumentu do jego logicznej konkluzji.

Poważne potraktowanie argumentu za zerową imigracją

Jednym z typowych, opartych na dobrej wierze, konserwatywnych argumentów przeciwko imigracji nie jest jej wpływ na przestępczość czy kulturę — chodzi o uzależnienie. Jak argumentowali krytycy w mediach takich jak The American Conservative, bogate kraje stały się „uzależnione od taniej siły roboczej”. Jeśli gospodarka nie może funkcjonować bez ciągłego importu zagranicznych pracowników, może to gospodarka jest zepsuta, a nie cierpi na niedobór kadr. Może odpowiedzią jest automatyzacja, wyższe płace i polityki, które skłonią urodzonych w kraju mężczyzn — miliony których opuściło rynek pracy — do powrotu do produktywnej pracy. Może imigracja jest kulą, która pozwala rządom unikać trudniejszych reform strukturalnych. To poważny argument i zasługuje na poważną odpowiedź.

Ale najpierw zasługuje na uczciwe przyznanie: można zbudować bogaty, funkcjonalny kraj bez dużej imigracji. Weźmy Japonię. Na początku lat 70. Japonia miała populację ponad 100 milionów ludzi i praktycznie zerową imigrację. W ciągu następnych dwóch dekad zbudowała drugą co do wielkości gospodarkę świata dzięki krajowym inwestycjom, produkcji na eksport i zdyscyplinowanej, wysoko wykształconej sile roboczej. Do 1995 roku PKB per capita Japonii było jednym z najwyższych na świecie. Bez potrzeby imigrantów.

Albo weźmy Szwecję i Kanadę w 1900 roku — dwa kraje o niemal identycznej populacji mniej więcej pięciu milionów ludzi. Szwecja faktycznie traciła ludzi: między 1850 a 1930 rokiem około 1,3 miliona Szwedów — trzecia część populacji — wyemigrowała do Stanów Zjednoczonych. A mimo to Szwecja zbudowała jedno z najbardziej podziwianych państw opiekuńczych na świecie. Zindustrializowała się, innowowała i stała się synonimem jakości życia — wszystko bez polegania na masowej imigracji aż do samego końca XX wieku.

Szwecja opowiada też inną przestrogę. Po dekadach dobrobytu zbudowanego na homogenicznym państwie opiekuńczym, Szwecja zaczęła przyjmować dużą liczbę migrantów humanitarnych w latach 90. i 2000. Rezultatem były jedne z najgorszych wyników integracji w OECD: osoby urodzone za granicą mają lukę zatrudnienia ponad 20 punktów procentowych w porównaniu z rodowitymi mieszkańcami, imigranci spoza Europy zarabiają 20 do 30 procent mniej nawet po dekadach w kraju, a ktoś musi za to płacić. Nic dziwnego, że Szwedzcy Demokraci — partia antyimigracyjna — wyrośli na drugą co do wielkości partię w parlamencie jednego z najbardziej kosmopolitycznych krajów na świecie. Jeśli szukasz argumentu, że nie cała imigracja jest korzystna, Szwecja podaje ci go na srebrnej tacy.

Tak więc restrykcjonistyczna przesłanka jest prawidłowa. Można mieć zamożny, dobrze zarządzany kraj bez wpuszczania obcokrajowców. Japonia to udowodniła. Nawet gdy przyjmiesz imigrację, może pójść źle, jeśli zrobisz to niewłaściwie. Szwecja to udowodniła. Sceptycy imigracyjni nie są szaleni. W kwestii podstawowych faktów mają rację.

Pytanie brzmi, co będzie dalej

Populacja Japonii osiągnęła szczyt 128 milionów w 2008 roku i od tego czasu spada. Dziś wynosi około 123 milionów. Do 2070 roku demografowie przewidują, że spadnie poniżej 90 milionów. Gospodarka Japonii, niegdyś druga co do wielkości na świecie, spadła na czwarte miejsce w 2023 roku, wyprzedzona przez Niemcy — częściowo ze względu na efekty walutowe, ale też odzwierciedlając dekady stagnacji, które ekonomiści konsekwentnie wiążą ze spadkiem demograficznym.

Kanada obrała inną drogę. Wychodząc od tej samej bazy pięciu milionów co Szwecja w 1900 roku, Kanada wybrała względną otwartość. Zbudowała system imigracyjny — niedoskonały, czasem chaotyczny, o czym pisałem — ale taki, który konsekwentnie witał przybyszów. Dziś populacja Kanady przekroczyła 41 milionów, ponad czterokrotnie więcej niż Szwecja. Dokładna nadwyżka dla urodzonych w Kanadzie z całej tej imigracji może być dyskutowana i jest prawdopodobnie skromna per capita. Ale bez względnie otwartej imigracji Kanada byłaby znacznie mniejszym, mniej wpływowym krajem niż jest dziś — i zmierzałaby tą samą demograficzną ścieżką co Japonia.

Teraz weźmy Stany Zjednoczone. Gdy Matt Yglesias zaproponował „Miliard Amerykanów”, wielu na prawicy uznało, że nie mówi poważnie. Ale w 1800 roku Stany Zjednoczone miały zaledwie 5,3 miliona ludzi — mniej niż dzisiejsza Szwecja. Gdyby ktoś argumentował wtedy za „100 milionami Amerykanów”, brzmiałoby to równie niedorzecznie. Kraj osiągnął tę liczbę — a następnie potroił ją — w dużej mierze dzięki imigracji. Według National Academies większość dzisiejszych Amerykanów pochodzi od imigrantów, którzy przybyli po założeniu narodu. Bez tych przybyszów Stany Zjednoczone nie miałyby populacji, by się zindustrializować, zaludnić kontynent czy stać się dominującym mocarstwem XX wieku. Pogląd, że Ameryka może po prostu zamknąć drzwi i pozostać tym, czym jest — to jest prawdziwie radykalna pozycja.

Stagnacja to nie stabilność

Oto, co sceptycy imigracyjni rozumieją źle: mylą brak upadku z rozkwitem. Kraje bez imigracji nie pozostają takie same. Starzeją się i teraz również się kurczą. Tracą zdolności fiskalne. Wciąż robią się „woke”. I tak, po cichu zaczynają otwierać właśnie te drzwi, które przysięgali trzymać zamknięte.

Japonia jest najwyraźniejszym przypadkiem. Kraj, który udowodnił, że nie potrzebuje imigracji, ma 2,57 miliona zagranicznych pracowników — rekordowo dużo, prawie trzykrotnie więcej niż dekadę temu, i rosnących w dwucyfrowym tempie co roku. Japonia niedawno zlikwidowała swój kontrowersyjny Program Stażów Technicznych i zastąpiła go nowym systemem zaprojektowanym do przyciągania i zatrzymywania wykwalifikowanych zagranicznych pracowników, wyznaczając cel przyjęcia jeszcze większej ich liczby. Rząd oczywiście nie nazywa tego „imigracją” — Japonia nigdy nie czuła się komfortowo z tym słowem.2 Ale jakkolwiek to nazwiesz, kraj, który nikogo nie potrzebował, teraz konkuruje globalnie o zagraniczną siłę roboczą.

Na każdego emeryta w Japonii przypada teraz mniej więcej dwóch ludzi w wieku produkcyjnym, a przewiduje się, że ten wskaźnik pogorszy się do mniej niż 1,5 do 2060 roku. Szpitale potrzebują pielęgniarek. Place budowy potrzebują pracowników. Ktoś musi opiekować się osobami starszymi, obsługiwać sklepy i wnosić do systemu emerytalnego. Japoński rząd popatrzył na matematykę i zdecydował, że czystość ideologiczna to luksus, na który nie może już sobie pozwolić. Pomimo całej zabawnej histerii na temat nowej ultrakonserwatywnej premier Sanae Takaichi, jej rząd planuje przyjąć ponad 1,2 miliona zagranicznych pracowników w ramach nowych programów wizowych — bo matematyka nie zważa na twoją ideologię.

Pytanie brzmi, czy chcemy imigracji

Słowo „potrzebować” wykonywało ogromną pracę w tej debacie i czas je przesunąć na boczny tor. Żaden kraj nie „potrzebuje” imigracji w taki sam sposób, jak żaden kraj nie „potrzebuje” handlu międzynarodowego. Ani uniwersytetów. Ani autostrad. Naród może istnieć bez tych wszystkich rzeczy. Korea Północna zasadniczo istnieje bez handlu. Niektóre kraje zlikwidowały swoje systemy szkolnictwa wyższego i przetrwały. Moglibyście przestać budować drogi jutro i państwo by przetrwało — przynajmniej na jakiś czas.

Ale żadna poważna osoba nie argumentuje przeciwko handlowi, mówiąc „nie potrzebujemy go”. Pytanie brzmi, czy handel czyni cię zamożniejszym. Ta sama logika ma zastosowanie do imigracji. Pytanie nie brzmi, czy twój kraj może przetrwać bez niej. Pytanie brzmi, czy chcesz wzrostu, innowacji, wypłacalności fiskalnej i witalności demograficznej — czy wolisz zarządzać upadkiem.

Oto co uderza mnie najbardziej w pozycji „nie potrzebujemy imigracji”: nawet jeśli zaakceptujesz każdą konserwatywną przesłankę — ściśle egzekwuj granicę, bądź bardzo selektywny, priorytetuj wpływ fiskalny, wymagaj niemal całkowitej asymilacji, stawiaj interes narodowy na pierwszym miejscu — nie lądujecie na zerowej imigracji. Lądujecie na wielu obcokrajowcach przybywających każdego dnia do końca życia.

A gdy restrykcjoniści wzywają do „zerowej imigracji” lub moratorium, czy „pauzy, aż ustalimy, o co chodzi” — co to właściwie oznacza w praktyce? Czy to oznacza powiedzenie twojemu kumplowi, że nie może sprowadzić żony z Kanady? Czy spojrzałbyś współobywatelowi w oczy i powiedział, że rząd zabrania mu mieszkać z osobą, którą poślubił? Czy powiedziałbyś szpitalowi, któremu już brakuje pielęgniarek, że musi zacząć racjonować opiekę nad seniorami, bo zatrudnienie wykwalifikowanej zagranicznej pielęgniarki nie wchodzi w grę? Bo to właśnie o tych ludziach naprawdę mówimy.

Rzeczywistość migracji na warunkach restrykcjonistów

Imigracja w praktyce to nie tylko niebezpieczni mężczyźni przekradający się przez granicę ani firmy „importujące” tanią siłę roboczą masowo — to amerykański obywatel czekający latami na połączenie z małżonkiem, szpital na wsi próbujący utrzymać się na nogach, laboratorium na uczelni próbujące zatrzymać najlepszego badacza. Nawet Donald Trump sponsorował zagraniczną małżonkę — dwa razy. Jeśli polityka, którą proponujesz, nie pozwoliłaby prezydentowi sprowadzić własnej żony do kraju, może czas ją przemyśleć.

Jeśli wierzysz w siłę narodową, powinieneś chcieć, by najlepsi lekarze, inżynierowie i badacze z całego świata rywalizowali o przyjazd do twojego kraju. Jeśli wierzysz w wartości rodzinne, warto zapytać, dlaczego USA czynią tak boleśnie trudnym dla obywateli amerykańskich — w tym białych, urodzonych w USA Amerykanów — sprowadzenie zagranicznych małżonków do domu. Jeśli wierzysz w odpowiedzialność fiskalną, aktuarialne argumenty za imigrantami w wieku produkcyjnym wpłacającymi do Social Security są oczywiste. Jeśli wierzysz w suwerenność narodową, powinieneś chcieć legalnego systemu imigracyjnego, który działa, żeby ludzie mieli legalne alternatywy dla nielegalnego przekraczania granicy.

Nawet Richard Hanania, który bynajmniej nie jest miękkim progresywistą, argumentował, że sprzeciwianie się wysoko wykwalifikowanej imigracji jest po prostu irracjonalne — wskazując, że 46 procent firm z listy Fortune 500 zostało założonych przez imigrantów lub ich dzieci, i że ograniczanie elitarnych talentów szkodzi krajowi znacznie bardziej niż jakakolwiek wyobrażalna korzyść z trzymania ludzi z dala. To jest argument wynikający z poważnego traktowania interesu narodowego. To logika każdego konkurencyjnego zespołu sportowego: chcesz najlepszych graczy niezależnie od tego, skąd pochodzą. Siła narodowa działa tak samo. Jeśli poważnie myślisz o wielkości, rekrutujesz talenty — a nie je odwracasz.

Chciałbym usłyszeć od restrykcjonisty imigracyjnego konkretny opis polityki imigracyjnej, z której byłby faktycznie zadowolony. Nie „mniej imigracji” ani „masowe deportacje teraz” jako slogan — konkretny system. Kto dostaje się do środka? Przez jakie kanały? Z jakimi wymaganiami? Moja prognoza jest taka, że każda uczciwa odpowiedź na to pytanie wygląda bardzo podobnie do znaczącej, dobrze zaprojektowanej imigracji — system punktowy, sponsoring pracodawcy, łączenie rodzin dla najbliższych krewnych i tak, pewne przyjęcia humanitarne. Innymi słowy, coś niewiele różniącego się od tego, co rekomenduje większość ekonomistów i analityków politycznych.

Debata nigdy tak naprawdę nie dotyczyła tego, czy mieć imigrację. Dotyczyła tego, ile, jakiego rodzaju i jak dobrze zarządzaną. To rozsądna debata, którą warto prowadzić — i taką, którą proimigracyjni rzecznicy powinni witać, a nie się obawiać.

Żaden kraj nie „potrzebuje” imigracji, ale mądre kraje mogą ją wybrać

Żaden kraj nie upadnie bez imigracji. Ale kraje, które ją wybrały — rozważnie, selektywnie, z nastawieniem na widoczne korzyści publiczne — stały się większe, bogatsze i bardziej dynamiczne. Kraje, które jej unikały, teraz gorączkowo próbują zmienić kurs, zanim matematyka i rzeczywistość demograficzna je dogonią.

Imigracja nie jest koniecznością. Jest przewagą — i w tej chwili przewagą niezwykle łatwą do wykorzystania. Setki milionów ludzi na całym świecie chcą przenieść się do bogatych demokracji. Nie zawsze tak będzie. Globalna populacja ma według prognoz zacząć spadać w ciągu kilku dekad, a gdy to się stanie, konkurencja o imigrantów znacznie się zaostrzy. Kraje, które teraz zbudują dobre systemy imigracyjne, będą miały przewagę. Kraje, które będą czekać, mogą odkryć, że nie ma już kogo rekrutować.

Restrykcjoniści mają rację, że żaden kraj nie potrzebuje imigracji. Ale mylą się co do tego, co z tego wynika. To, co wynika, to nie powód do samozadowolenia — to powód do ambicji. Mądrym posunięciem, na ich własnych warunkach i według ich własnych kryteriów, jest zbudowanie systemu imigracyjnego, który faktycznie działa. Nie dlatego, że kraj upadnie bez niego, ale dlatego, że kraj, który zrobi to dobrze, będzie większy, bogatszy i silniejszy od tego, który tego nie zrobi.

Z pewnością niektórzy ludzie wolą być biedniejsi i mniejsi niż zaakceptować jakąkolwiek imigrację. Nie sądzę, że większość ludzi by tak wybrała — nawet większość twardych konserwatystów. A jeśli tak, nie musisz być „białym nacjonalistą”, by dokonać takiego wyboru, w przeciwieństwie do tego, co mówią niektórzy krytycy.

Ale bądźcie szczerzy z resztą z nas: przyznajcie, że akceptujecie kurczącą się gospodarkę, że wolicie, by urodzeni w USA Amerykanie zbierali truskawki za 50 dolarów za godzinę zamiast uczyli się zawodu, i że wolelibyście zarządzać upadkiem niż konkurować o najlepsze talenty świata. To spójna pozycja. Po prostu nie jest popularna — a radykalna uczciwość, o którą tutaj proszę, powinna dotyczyć w równym stopniu kosmopolitycznej lewicy, która udaje, że kraje upadną bez imigracji, i nacjonalistycznej prawicy, która udaje, że będą się mieć świetnie bez niej. Prawdziwa praca jest w szczegółach — a propozycje takie jak na przykład ta pokazują, że poważni restrykcjoniści i inni reformatorzy mogą być bliżej porozumienia, niż obie strony przyznają.


  1. Oczywiście mówię o Shakirze, Kolumbijce, która wystąpiła w 2020 roku. Co myśleliście, że mówię? Portorykańczycy są Amerykanami, na wszelki wypadek

  2. Możecie ich nazywać „stażystami technicznymi” czy „określonymi wykwalifikowanymi pracownikami”, czy „tymczasowymi zagranicznymi rezydentami”, jeśli wolicie. Nie zmienia to faktu, że Japonia ma teraz miliony obcokrajowców mieszkających i pracujących w kraju, z których wielu zostanie na czas nieokreślony. 

Pierwotnie opublikowano na Substack.
To tłumaczenie zostało wykonane z pomocą AI i może nie w pełni oddawać oryginalne treści. Proszę odnieść się do angielskiej wersji na Substack jako tekstu wzorcowego.
Sugerowany sposób cytowania
Kustov, Alexander. 2026. "Western Countries Do Not "Need" Immigration." Popular by Design, February 19, 2026. https://www.popularbydesign.org/p/western-countries-do-not-need-immigration