Jak zawsze: jeśli chcesz wesprzeć misję Popular by Design i sprawić, by te eseje pozostały dostępne dla wszystkich za darmo, możesz to zrobić, wykupując subskrypcję premium.
Na początku tego miesiąca The Chronicle of Higher Education zapytał Carolyn Rouse, antropolożkę z Princeton, która obecnie kieruje American Anthropological Association: czy jej dziedzina jest beznadziejnie upolityczniona? Nowy raport zamówiony przez rektorów Vanderbilt University i Washington University w St. Louis właśnie wskazał antropologię jako najbardziej skrajny przypadek spośród sześciu przeanalizowanych dziedzin.
Gorąco polecam wszystkim cały wywiad, zarówno naukowcom, jak i osobom spoza akademii, ponieważ jej odpowiedzi czytają się jak wyjątkowo pouczające potwierdzenie zarzutu. W trakcie jednej rozmowy zbyła raport jako wytwór chatbota, zlekceważyła badanie w swojej własnej subdyscyplinie, bo nie „wierzy w badania opinii”, i porównała nauczanie o binarności płci do astrologii.1 Krótko mówiąc, przewodnicząca flagowego stowarzyszenia dużej dyscypliny nauk społecznych zdaje się nie wiedzieć, co sądzi opinia publiczna ani nawet jej własna dziedzina, i nie traktuje sporu o wiele kwestionowanych idei jako czegoś uprawnionego.
Publicznie prawie nikt nie bronił merytorycznej treści wywiadu — pojawiło się głównie odruchowe założenie, że każda taka krytyka musi być prawicowym atakiem w złej wierze. Ale ten odruch sięga daleko poza antropologię. A obserwowanie przez cały tydzień, jak inni badacze społeczni — w tym moi znajomi — bronią tych założeń w odpowiedziach pod moimi wpisami, zmusiło mnie wreszcie do zmierzenia się z argumentem o potrzebie większej różnorodności światopoglądowej, który wcześniej w większości omijałem. To, do czego spróbuję Cię tu przekonać, brzmi więc tak: nawet jeśli przyznamy, że rzeczywistość ma owo słynne lewicowe nachylenie, wciąż potrzebujemy więcej badaczy o konserwatywnych przekonaniach, żeby tę rzeczywistość zrozumieć.2
Część naukowców zaprzecza, że dyskryminacja istnieje; inni już jej bronią
Dyskusja zaczęła się dość niewinnie. Dwa tygodnie temu lewicowy publicysta Atlantica Tyler Austin Harper zapytał, czy ktokolwiek poważnie sądzi, że geograf krytyczny wobec imigracji mógłby dostać pracę na elitarnym amerykańskim uniwersytecie. W odpowiedzi profesor historii nazwał go „prawicowym naciągaczem”, który rzekomo porzucił etat na ścieżce profesorskiej, bo żaden kolega nie chciał z nim jeść lunchu, a potem skasował wszystko, gdy go przyciśnięto.3
Następnie wielu akademickich i lewicowych komentatorów przeszło do zaprzeczania, że jakakolwiek dyskryminacja osób o konserwatywnych poglądach w ogóle ma miejsce.4 I szczerze mówiąc, coraz bardziej tracę cierpliwość do ludzi uprawiających tę czystą wysokoproginową dezinformację. Mamy lata relacji anegdotycznych, mamy dziekanów udokumentowanych przy sprawdzaniu składu demograficznego puli kandydatów, i mamy badania wśród naukowców, w których wielu otwarcie przyznało, że dyskryminowaliby konserwatywnych kolegów w decyzjach od recenzji artykułów po zatrudnienie. Sam też to widziałem. Siedziałem w salach, gdzie komisje konkursowe wprost omawiały ideologię kandydatów. I wielokrotnie doświadczyłem łagodniejszego końca tej samej maszynerii, choć nie jestem nawet konserwatystą.5
Najbardziej wyjaśniającym momentem tygodnia była jednak liczba naukowców, którzy pominęli zaprzeczanie i przeszli od razu do obrony. Jeden szeroko udostępniany wpis ujął to wprost: „naukowcy o obrzydliwych prawicowych poglądach mają mniejsze szanse na zatrudnienie” oraz „osobiście mam to gdzieś”. Doceniam, że ktoś wreszcie mówi to na głos. Ale nie na to się pisałem, zaczynając studia doktoranckie, i nie jest to dobry sposób prowadzenia społeczeństwa, w którym ludzie się różnią.

Dlaczego zatrudnienie sceptyka klimatycznego na wydziale nauk o środowisku byłoby w porządku
Ilekroć ktoś opowiada się za różnorodnością światopoglądową, punktualnie przychodzi ta sama pułapka retoryczna: czyli wpuściłbyś sceptyka klimatycznego na swój wydział nauk o środowisku? Sceptyka migracji na wydział geografii? Jeśli zastanowić się przez chwilę, jest to pułapka znacznie mniej rozsądna, niż wielu zakłada. Nie widziałem bowiem w tej debacie ani jednej osoby proponującej zatrudnianie negacjonistów szczepionek czy ewolucji na wydziałach immunologii lub biologii.
Założenie leżące u podstaw tej pułapki jest takie, że brakujące stanowiska konserwatywne to poglądy „wiejskiego głupka”, prastare uprzedzenia, z których nigdy nie mogłaby powstać nauka. Ale jeśli nie potrafisz sformułować poważnej konserwatywnej argumentacji o ograniczeniach migracyjnych czy o płci biologicznej, właśnie to jest argument za zatrudnianiem kolegów, którzy potrafią. Dziedzina, która spotyka wyłącznie wersję drugiej strony w wydaniu wiejskiego głupka, nigdy nie mierzy się z wersją poważną i wchodzi nieprzygotowana w świat polityki zbudowany dokładnie z takiego zamętu i takich sporów. W istocie spora część polemik była też nieustającą lekcją mistrzowską w zdobywaniu zera w ideologicznym teście Turinga Bryana Caplana, czyli w próbie zrozumienia konserwatystów i ich przekonań, nie mówiąc już o liberałach takich jak ja, mających kilka idiosynkratycznych opinii o świecie.
Pułapka działa też tylko dzięki pomieszaniu dwóch różnych osób: tej, która zaprzecza weryfikowalnym faktom, i tej, która inaczej waży kompromisy. W odróżnieniu od zwykłego zaprzeczania faktom sceptycyzm klimatyczny i migracyjny jest często sporem o to, jakie kompromisy wchodzą w grę. Większość naukowców rzadko, jeśli w ogóle, słyszy argument, dlaczego migrację należałoby ograniczyć albo dopuścić emisje dwutlenku węgla, sformułowany wewnątrz własnej dziedziny. Właśnie dlatego osuwamy się w myślenie grupowe, udzielamy złych rad politycznych i w ogóle tracimy zaufanie.6
Część socjologów wciąż była sceptyczna i pytała, jakich poglądów faktycznie brakuje w ich dyscyplinie. Moja poważna odpowiedź, która wyraźnie trafiła do wielu osób, choć niestety nie do samych socjologów, brzmiała: dyscyplina skorzystałaby na czynnych zawodowo kolegach, którzy żywią i potrafią wyrazić pewne autentycznie konserwatywne przekonania przez małe „k” jako założenia wyjściowe. Podałem kilka przykładów, nie jako listę wyczerpującą: że nierówność nie musi być problemem, że ograniczenia migracyjne mogą być uzasadnione albo że ład społeczny ma znaczenie. Twierdzenie o nierówności okazało się z jakiegoś powodu szczególnie kontrowersyjne i wracało czasem w odpowiedziach jako znany konserwatywny profesor z Notre Dame uważa, że nierówność jest w gruncie rzeczy dobra, co moim zdaniem uzasadniało potrzebę różnorodności światopoglądowej w socjologii lepiej, niż sam kiedykolwiek bym potrafił. Od tamtej pory lista wciąż rośnie, a propozycje napływają od kolegów z całego spektrum politycznego.
Czy któryś z tych poglądów jest w socjologii lub innych naukach społecznych całkowicie nieobecny? Zapewne nie. Ale z pewnością są ogromnie niedoreprezentowane i zniechęcane. Żeby dać Ci pojęcie, jak źle jest w socjologii naprawdę: London School of Economics wyprodukowała kiedyś film promocyjny, który już w tytule pytał: „Czy istnieją jacyś prawicowi socjolodzy?” Odpowiedzi kadry były fascynujące. Jeden przypuszczał, że tacy koledzy zapewne gdzieś istnieją, „może tam w kryminologii, może zajmują się studiami migracyjnymi” (narrator: nie zajmują). Inny zapewniał, że wydział „z pewnością nie jest jednorodny”, mieści bowiem „ogromnie zróżnicowane debaty w ramach szeroko pojętej lewicowej wrażliwości”.
Chciałbym móc powiedzieć, że nie jest to reprezentatywne dla dziedziny, ale spora część reakcji ze strony osób o ugruntowanej pozycji była, szczerze mówiąc, niemal równie rozczarowująca jak wywiad z Rouse: znani socjolodzy na poważnie zaprzeczali jakiejkolwiek niedoreprezentacji poglądów konserwatywnych i zastanawiali się, jak ktokolwiek narzekający na dyskryminację antykonserwatywną mógł w ogóle dostać profesurę. Wedle takiego kryterium żadna grupa społeczna mająca choć jednego zatrudnionego członka nigdy i nigdzie nie doświadczyła dyskryminacji. I właśnie dlatego potrzebujemy w socjologii rozbieżnych punktów widzenia: podwójne standardy tego rodzaju są nazywane po imieniu od razu tylko wtedy, gdy ktoś w pokoju ich nie podziela.
Podatnik zawsze stoi u drzwi, czy Ci się to podoba, czy nie
Jest ważny powód, dla którego to wszystko nie może pozostać wewnętrzną rozmową akademii. Zaledwie kilka dni temu Wall Street Journal opublikował szeroko udostępniany esej Pameli Paul, pytający, czy nie czas „zlikwidować” studiowanie socjologii. W marcu pisałem, że standardowe wyjaśnienia dryfu akademii — lewicowe nastawienie i autocenzura — zawsze wydawały mi się niepełne. Większym czynnikiem było po prostu zapomnienie o podatniku, który nas finansuje: bezpośrednio na uczelniach publicznych, a wszędzie indziej przez granty, pomoc studencką i zwolnienia podatkowe. Jak słusznie zauważył Tyler Austin Harper, wiele gniewnych reakcji na jego uwagi o różnorodności światopoglądowej milcząco zakłada, że opinia publiczna jest wieży z kości słoniowej winna zaufanie i pieniądze, nie zasługując na żaden głos w sprawie tego, co się w niej dzieje. Wolność akademicka jest przywilejem i nie ma sensu, byśmy bez ustanku antagonizowali społeczeństwo, od którego przychylności zależymy.
Rzecz jasna nikt nie jest zobowiązany ani nie chce zatrudniać negacjonistów szczepionek czy gorzej, niezależnie od tego, jak takie poglądy wypadają w sondażach. Ale poglądy podatników nie są bez znaczenia, zwłaszcza w kwestiach normatywnych, których nauka ostatecznie nie rozstrzyga. Tam, gdzie spory w danej dziedzinie dotyczą głównie wartości i priorytetów, a uczelnia jest finansowana przez podatników, którzy w przytłaczającej większości uważają te poglądy za fałszywe, pełna autonomia po prostu nie jest stabilnym układem, a naukowcy nie powinni się dziwić, gdy zaufanie i pieniądze publiczne znikają. Jak dobitnie zauważa Matt Lutz w swoim niedawnym tekście: „odcięcie finansowania policji i zniesienie kategorii płci biologicznej to dwa z najmniej wykonalnych pomysłów w dzisiejszej polityce, a oba są wytworem krytycznej humanistyki. Gdyby te idee zostały w nieczytanych czasopismach naukowych, może nie bylibyśmy w tym bałaganie”.
Więc o jakiej różnorodności światopoglądowej właściwie mówimy?
Powiem wprost. Widzę, jak demograficzne zróżnicowanie nauk społecznych w ostatnich dekadach było, ogólnie rzecz biorąc, naprawdę dobre dla wiedzy. W mojej własnej dziedzinie badacze z krajów wysyłających migrantów i ze społeczności mniejszościowych wyprowadzili studia migracyjne poza dawne zapatrzenie w ruch do bogatych krajów Zachodu, ku migracji Południe–Południe i decyzjom samych migrantów. Zróżnicowani badacze zadawali pytania, na które dawna profesura nie wpadła, co prawdopodobnie poprawiło naszą wiedzę jako całość.
Z jakiegoś powodu ludziom w akademii trudniej przyjąć tę samą logikę, gdy niedoreprezentowanym wymiarem jest ideologia — a przecież nierównowaga jest tam znacznie większa. Gdy Musa al-Gharbi przeliczył dane dla Heterodox Academy, porównując udział każdej grupy w kadrze profesorskiej z jej udziałem w populacji, brak różnorodności ideologicznej w naukach społecznych okazał się „nieporównanie wyraźniejszy” niż niedoreprezentacja ze względu na płeć, rasę czy orientację. Możesz teraz zaoponować, jak zrobili niektórzy naukowcy, że argumenty konserwatywne wcale nie są w naszym społeczeństwie marginalizowane, więc czemu akurat uniwersytety miałyby je nieść? Zgoda, ale nie spotkałem jeszcze nikogo, kto uważałby, że konserwatyści muszą być reprezentowani w akademii proporcjonalnie do populacji. To kryterium jest jakoś zarezerwowane dla różnorodności demograficznej, gdzie rutynowo żądamy proporcjonalności mimo wszystkiego, co wiemy o autoselekcji.
To, o co ludzie tacy jak ja naprawdę proszą, jest znacznie skromniejsze: żeby te i inne nielewicowe poglądy były w ogóle otwarcie i instytucjonalnie reprezentowane, bez żadnej awantury. Istnieją całe wydziały nauk społecznych bez — na ile ktokolwiek jest w stanie stwierdzić — ani jednego jawnego konserwatysty. I znowu: często nie mówimy nawet o rzeczywistych konserwatystach, tylko o ludziach z kilkoma heterodoksyjnymi przekonaniami, którzy pozostają wyraźnie na lewo od medianowego wyborcy. Jesse Smith ujął to najlepiej: proporcja w kadrze jest cenna jako wskaźnik zastępczy, a myląca, gdy pomylić ją z samym problemem. Akademia potrzebuje ludzi, którzy podejmują zaniedbane pytania i podważają ortodoksje — a przy obecnym składzie uczelni takimi ludźmi bywają dziś konserwatyści.
Jeśli się nad tym zastanowić, różnorodności demograficznej często broniono tą samą logiką zastępczą, gdzie kategoria stała za perspektywami, które zwykle jej towarzyszą. Różnorodność światopoglądowa sięga po prostu wprost do tych perspektyw. Pokój zróżnicowany w każdym wymiarze demograficznym, lecz jednorodny w poglądach — dziś sytuacja częsta — ma pod dostatkiem tej różnorodności, która dla poszukiwania prawdy liczy się najmniej, i nic z tej, która liczy się najbardziej.
Warto więc precyzyjniej powiedzieć, czego obecnie brakuje. Mam wrażenie, że najbardziej nieobecną wrażliwością jest konserwatyzm społeczny przez małe „k”, owo usposobienie, które Bo Winegard opisuje jako zakorzenione w ludzkiej ułomności, z jego upodobaniem do ładu i nieufnością wobec utopijnych projektów. Socjolog Jesse Smith, którego eseje z ostatniego roku ukształtowały moje myślenie w tej sprawie bardziej niż czyjekolwiek inne, nazywa je założeniami orientującymi: paradygmatami, które kształtują pytania stawiane przez badacza, nie przesądzając żadnych odpowiedzi. Nikt oczywiście nie potrzebuje kolegów odrzucających wyniki zawsze, gdy są niewygodne; ta przypadłość jest w akademii już aż nadto reprezentowana. Ale rdzeń usposobienia — sceptycyzm wobec szybkiej zmiany i uwaga poświęcona temu, co podtrzymuje ład społeczny — to zestaw badawczych założeń wyjściowych, a te generują płodne pytania. Oto moja próba zwięzłego ich pogrupowania:
Pewien stopień hierarchii społecznej może być naturalny, a nawet użyteczny, a nierówność nie musi być problemem.
Ład społeczny trudno zbudować i warto go utrzymywać, a zmiana społeczna często zachodzi zbyt szybko.
Wiele dobrze pomyślanych prób poprawy społeczeństwa przez państwo zakończy się niepowodzeniem.
Przestępstwo zasługuje na karę, a wspólnoty potrzebują ochrony przed niewielkim odsetkiem ludzi popełniających większość przestępstw.
Religia jest per saldo dobrem społecznym. Tradycyjne rodziny i wyższa dzietność zasługują na czynne wsparcie.
Pytania, których badania nad imigracją wciąż nie zadają
Wróćmy na chwilę do mojej własnej dziedziny, czyli migracji. Mam wrażenie, że to są pytania, które faktyczna większość wyborców wciąż zadaje albo przynajmniej sobie stawia: Jakie są długofalowe skutki trwałej migracji o niskich kwalifikacjach, również dla potomków migrantów? Jakie są lokalne skutki szybkiej zmiany demograficznej? W jakich warunkach programy pracowników sezonowych faktycznie chronią pracowników miejscowych? Jakie rozwiązania sprawiają, że legalne egzekwowanie prawa jest skuteczne?
Każde z nich można badać standardowymi narzędziami dziedziny i żadne nie jest nietknięte: istnieją staranne analizy fiskalne, ewaluacje programów pracowników gościnnych, rozproszone prace o lokalnych reakcjach na zmianę demograficzną. Dziedzinie brakuje zorganizowanego programu badawczego wokół tych pytań w skali choćby zbliżonej do ich publicznej wagi — albo kogoś, kto zsyntetyzuje rozproszone odpowiedzi dla tego warunkowego środka, który wciąż pyta.
W stosunku do tego, jak bardzo te pytania poruszają wyborców, uwaga, jaką się im poświęca, wydaje mi się raczej znikoma. I nie sądzę, by przypadkiem każde z nich było pytaniem konserwatywnym przez małe „k”. Zamiast tego ogromna część badań nad imigracją koncentruje się na rozmaitych aspektach wspierania imigracji humanitarnej, co też jest ważne, ale nie tam leżą troski większości wyborców.7
George Borjas od dawna jest najbardziej znanym ekonomistą broniącym stanowiska restrykcyjnego, ale potrzeba nam więcej. Jeden słynny dysydent nie wystarczy, a bez poważnej konkurencji ani jego, ani nasze argumenty nie są należycie testowane. Jerusalem Demsas, sama argumentując z lewa, mówi, że brak konserwatywnego kontrargumentu po prostu rozleniwia liberałów. W pełni się zgadzam. Im więcej wokół Ciebie kolegów o naprawdę odmiennych założeniach o świecie, tym trudniej opublikować słabą pracę schlebiającą wspólnym przekonaniom. A dziedzina, która nie chce odpowiadać na pytania stale zadawane przez wyborców, nie powinna też się dziwić, że wyborcy zaniosą je do populistycznych przedsiębiorców, którzy przynajmniej udają, że im zależy.
Co naprawdę by pomogło
Co więc robić? Chcę być szczery co do własnej niepewności, bo poważni ludzie w tej debacie naprawdę się różnią. Demsas przyjmuje konsekwencje i mówi, że uczelnie powinny wprost przyjąć politykę różnorodności wobec konserwatywnych naukowców i zaakceptować, że część zatrudnionych będzie mniej wykwalifikowana, a przy tym rozszerzyć elitarne uniwersytety i zreformować rekrutację, by konserwatywne zaplecze w ogóle zaistniało. Jesse Smith odpowiada, że nikt nie powinien zatrudniać republikanów dla równowagi, tak jak polityki różnorodności zatrudniają wedle deklarowanej tożsamości. Chodzi raczej o pozyskanie badaczy, którzy zadają pytania zaniedbywane przez dziedzinę i podważają jej ortodoksje. Od tego czasu przedstawił tę tezę w pełnym akademickim wymiarze i zaostrzył ją jeszcze właśnie w tym tygodniu. Tymczasem inni, w tym sami konserwatyści, stanowczo się nie zgadzają. Ashley Rubin na przykład wątpi, by zwiększanie różnorodności światopoglądowej mogło być dobrą reformą czy choćby dobrym miernikiem co do meritum, i wolałaby naprawić wprost bodźce do doskonałości naukowej.
Osobiście nie mam mocnego stanowiska w sprawie tego, czy akcja afirmatywna dla konserwatystów to dobry pomysł. Wiem natomiast, że stworzenie miernika liczby konserwatystów na każdym wydziale nie byłoby zdrowe. Mierniki, jak zawsze, zostałyby obejdzone, a samozwańczą heterodoksję i wypełnianie kwot dostalibyśmy na długo przed tym, co naprawdę chcemy osiągnąć. I tu zgadzam się z Jessem Smithem, że powinniśmy chcieć więcej ludzi podważających nierozsądne założenia, zanim te założenia zastygną w wyniki albo zostaną odkryte przez zwykłych wyborców za pośrednictwem Fox News.
Chcę też jasno powiedzieć o momencie politycznym, ponieważ wersję tego argumentu wysuwa dziś najaktywniej administracja przymuszająca uniwersytety groźbami finansowymi i warunkami ideologicznymi. Nic w tym eseju nie wspiera tamtej kampanii. Narzucone przez rząd kwoty światopoglądowe zastąpiłyby po prostu jeden test polityczny innym. Właśnie dlatego uważam, że uczelnie powinny naprawić to same — właśnie po to, by nie zrobił tego nikt inny (a obecnie im się to nie udaje).
Istnieją łagodniejsze dźwignie i żadna nie wymaga liczenia legitymacji partyjnych. Współpraca adwersaryjna, także z think tankami, w których faktycznie pracuje wielu konserwatywnych badaczy. Recenzja popublikacyjna z realnymi zębami. Dopuszczenie, by osoby z zewnątrz, w tym grantodawcy, wpisywali pytania do agendy dziedziny. Warto też zauważyć, co dekada tego ruchu naprawdę wywalczyła. Konkretne zwycięstwa są rzadkie i proceduralne, jak fala deklaracji o neutralności instytucjonalnej. Kto więc obiecuje tu szybkie rozwiązanie, ten Ci coś sprzedaje.
Ostatecznie spór intelektualny powinien być w akademii mile widziany i zachęcany. Obecnie w zbyt wielu miejscach jest po cichu karany. Przez lata zakładałem, że mówiący to przesadzają z powodów politycznych, ale miniony tydzień pokazał mi bliskich kolegów mówiących, że ta kara się należy. Czy odpowiedź obejmuje coś tak siermiężnego jak dyskryminacja odwrotna na rzecz konserwatystów — szczerze mówiąc, wciąż nie wiem. Ale przynajmniej uczynienie środowiska przyjaźniejszym dla tych idei instytucjonalnie by design — bo potrzebujemy ich, by lepiej rozumieć świat — byłoby dobrym początkiem.
Ogromne podziękowania dla Mike’a Riggsa, Jannika Reigla i Codeksa za pomocne uwagi do szkicu.
Ściślej rzecz biorąc, zbyła raport z Vanderbilt trzema słowami, “They used AI”, i porównała go do studenckich prac pisanych chatbotem, nawet po tym, jak prowadzący wywiad zwrócił uwagę, że autorzy otwarcie opisali zwyczajne użycie AI, czyli przegląd dużych zbiorów tekstów. Zlekceważyła badanie z 2022 roku, w którym 42 procent antropologów sądowych zgodziło się, że płeć jest binarna, argumentując, że “nie wierzę w badania opinii” i że wielu respondentów to koronerzy, którzy “nie mają zaawansowanego wykształcenia”. Powiedziała, że zmuszanie antropologów biologicznych do nauczania o binarności płci byłoby “odpowiednikiem przekształcenia katedry astronomii w katedrę astrologii”, i zasugerowała, że ludzie, którzy przy tym obstają, “być może… chcą zabijać dzieci” wykraczające poza te kategorie. O jedynym antropologu w raporcie, Josephie Henrichu, powiedziała, że nigdy o nim nie słyszała. Własny materiał uzupełniający Chronicle pytał, czy pogorszyła sprawę. ↩
To znaczy przynajmniej wtedy, gdy chodzi o rozumienie świata społecznego. Jak słusznie zauważa Hollis Robbins, uniwersytety to coś więcej niż ewentualne ideologiczne spory między badaczami społecznymi. ↩
Oczywiście każdy dobrze wykształcony człowiek wie, że gdy ktoś krytykuje akademicką monokulturę, to niezależnie od swoich rzeczywistych poglądów musi być bezwzględnie i bezwstydnie „prawicowy”. Nie powinno mieć znaczenia, że ta osoba stoi na lewo od 90 procent wyborców w większości spraw, o ile jest choćby odrobinę mniej lewicowa niż jej prawomocny oskarżyciel. ↩
Zobacz też bardziej szczegółową rekonstrukcję tych wydarzeń i debat o różnorodności światopoglądowej. ↩
Dla ciekawych: moje poglądy ideowe skłaniają się lekko na lewo, ale są dość idiosynkratyczne (co nie jest niczym niezwykłym u imigranta socjalizowanego w kilku środowiskach politycznych). Publicznie opowiadałem się jednak także za rzeczami kojarzonymi z prawicą, jak amerykański nacjonalizm, wolność słowa i… klimatyzacja. ↩
John Robert Thomason w The Argument opublikował niedawno tekst o własnym problemie negacjonizmu klimatycznego lewicy, czyli o odmowie uczciwej analizy kosztów i korzyści polityk zielonych. Gdy oddzielisz fakty od kompromisów, etykieta „negacjonizmu” tnie w kierunkach, które powinny być niewygodne dla wszystkich. Wcześniej stawiałem ten sam argument w odniesieniu do imigracji. ↩
Gwoli sprawiedliwości: gdy badacze poszukiwali ideologicznego nastawienia w opublikowanych badaniach nad imigracją, wiele nie znaleźli. Najbardziej znane niedawne twierdzenie, że nasza ideologia zniekształca wyniki, zostało poważnie zakwestionowane przez ponowną analizę, a staranne przeglądy szerszego materiału wychodzą w większości z pustymi rękami. Niestety jednak test nastawienia może porównywać tylko badania, które badacze przeprowadzili, i nie mówi nic o badaniach, których nikt nigdy nie zaczął. ↩
