← Powrót do Biuletynu
Jak Australia już raz uczyniła imigrację popularną i jak to utrzymać

Jak Australia już raz uczyniła imigrację popularną i jak to utrzymać

Jak pisałem w lipcu, gdy rząd głównego nurtu wygląda w sprawie imigracji jednocześnie na okrutny i nieskuteczny, partie obiecujące samo okrucieństwo nie zostają na poziomie 20 procent na zawsze. W niedzielę niemiecka AfD zdobyła w Saksonii-Anhalt prawie 44 procent, wobec 21 procent pięć lat wcześniej. Miejsce, na które niemiecki establishment mógłby spojrzeć, a którego jeszcze nikt nie zaproponował, to… Australia. Kraj ten przez dekady prowadził jeden z najhojniejszych i najpopularniejszych legalnych programów imigracyjnych na świecie, łącząc go z kontrolą, którą wyborcy mogli zobaczyć na własne oczy. Ale jego popandemiczne potknięcie jest lepszą wskazówką dla niemieckiego dylematu niż jakiekolwiek zliczanie przyjazdów.


Jak wie wielu moich czytelników, żaden kraj nie ukształtował mojego myślenia o lepiej zaprojektowanej imigracji tak bardzo jak Kanada, dlatego wciąż do niej wracam. Ale niemal za każdym razem, gdy o niej piszę, pada to samo pytanie: „A co z Australią?”. Moja szczera odpowiedź przez lata brzmiała, że nie wiem wystarczająco dużo, by się wypowiadać. Gdy więc życzliwi ludzie z Eureka Street poprosili mnie o napisanie, co moje badania oznaczają dla australijskich czytelników, potraktowałem to jako pretekst, by wreszcie poznać drugi najbardziej udany kraj imigracyjny świata.


Prawie co trzeci Australijczyk urodził się za granicą. To najwyższy odsetek od lat dziewięćdziesiątych XIX wieku i mniej więcej dwukrotność wskaźnika amerykańskiego. Choć niektórzy uważają dziś, że to za dużo, przez dekady ta ogromna skala współistniała z wyjątkowo przychylnym nastawieniem społeczeństwa. Australia była rzadkim żywym zaprzeczeniem tezy, że wysoka imigracja musi prędzej czy później wywołać bunt. Ostatnie lata wystawiły jednak tę reputację na ciężką próbę.

Gdy po pandemii otwarto granice, migracja netto wystrzeliła do rekordowego poziomu, na krótko dodając ponad 500 tysięcy osób w jednym roku, co odpowiada 2 procentom ludności kraju. Od tego czasu rząd tnie napływ, który spadł niemal o połowę. Tymczasem niepokój społeczny ruszył w przeciwną stronę. W badaniu Scanlon z 2025 roku nieco ponad połowa Australijczyków uznała, że napływ imigrantów jest zbyt wysoki, to najwyższy odsetek w historii pomiarów. One Nation Pauline Hanson, prawicowo-populistyczna partia zbudowana wokół ograniczania imigracji, podwoiła liczbę mandatów w Senacie w wyborach 2025 roku. W sondażu z marca 2026 roku więcej wyborców ufało jej niż jakiejkolwiek innej partii, że obniży migrację.

Subskrybuj

Bliższe spojrzenie na te same badania pokazuje jednak, że nie jest to prosty zwrot przeciwko imigrantom. To samo badanie Scanlon wykazało, że około 80 procent Australijczyków wciąż zgadza się zarówno z tym, że wielokulturowość jest dobra, jak i z tym, że imigranci są dobrzy dla gospodarki. Co więc się dzieje?

Australia przechodzi przez niefortunną sekwencję zdarzeń, którą obserwowałem już dwukrotnie. Przez lata pisałem o Kanadzie, gdzie niemal identyczna sekwencja rozegrała się dwa lata wcześniej, i o Wielkiej Brytanii, gdzie jej wersja pomogła wywołać Brexit, a potem Reform UK. Widzę, że długotrwały proimigracyjny konsensus nie załamuje się dlatego, że wyborcy nagle opanowali arytmetykę limitów przyjęć albo dali się zindoktrynować prawicowym populistom. Załamuje się wtedy, gdy system obiektywnie przestaje wyglądać jak coś, co ktokolwiek zaprojektował z korzyścią dla własnego kraju.

Długotrwałe australijskie poparcie dla imigracji opierało się bowiem na widocznej umowie: obywatele mogli zobaczyć, kogo się wybiera i dlaczego, i mogli zobaczyć, że wyboru dokonuje ich własny rząd. W mojej książce nazywam to imigracją wykazalnie korzystną: zestawem polityk, które wprost i bez wykrętów służą interesowi narodowemu w sposób, który zwykli wyborcy mogą sami dostrzec, bez wymyślnych wyjaśnień i usprawiedliwień ze strony ekspertów. Źle zarządzany popandemiczny skok złamał drugą połowę tej umowy i podejrzewam, że późniejsza reakcja miała znacznie więcej wspólnego z tą utratą widocznej kontroli oraz z nieselektywnymi kanałami, którymi przybyli nowi migranci, niż z jakąkolwiek konkretną liczbą przyjazdów.

Obawy o imigrację nigdy nie dotyczą wyłącznie liczb ani propagandy

Politolodzy coraz częściej opisują opinię publiczną na temat imigracji i innych istotnych spraw jako termostatyczną. Tak jak domowy termostat, opinia publiczna sygnalizuje „za dużo”, gdy polityka, na której jej zależy, wykracza poza strefę komfortu, i „poproszę więcej”, gdy jej nie dosięga. Uważam tę metaforę za użyteczną, ale kryje ona dwie komplikacje, obie widoczne dziś w Australii.

Po pierwsze, termostat reaguje z opóźnieniem, często długo po tym, jak temperatura zaczęła już spadać, dlatego niepokój może wciąż rosnąć kilka lat po rozpoczęciu spadku faktycznych przyjazdów. Ludzie nie mają przecież możliwości śledzenia statystyk migracyjnych w czasie rzeczywistym i reagują nie tylko na napływ nowych przybyszów, ale na zasób imigrantów już obecnych, tych, których rzeczywiście widzą wokół siebie. A ten zasób, w przeciwieństwie do napływu, nie maleje. Po drugie, termostat reaguje na kwestie migracyjne wykraczające poza nagłówkową liczbę, takie jak konkretne epizody złego zarządzania i nadużyć. Media mogą je wyolbrzymiać lub nie, ale niemal zawsze rejestrują one poczucie, że nikt nie panuje nad sytuacją, wysyłając sygnały chaosu i widocznej dysfunkcji.

Najwyraźniejsze ilustracje tej dynamiki pochodzą z epizodów, w których liczby i poczucie kontroli wskazują w przeciwne strony. Australijska afera Tampa z 2001 roku dotyczyła kilkuset osób uratowanych na morzu, a mimo to stała się osią tamtorocznych wyborów federalnych. Tymczasem Izrael wchłonął po upadku Związku Radzieckiego ponad milion ludzi przy stosunkowo niewielkim poruszeniu. Te dwa przypadki różnią się pod wieloma względami, ale pokazują, że niewielkie napływy, które wyglądają na niekontrolowane, potrafią rozpalić politykę, podczas gdy ogromne napływy, które wyglądają na uporządkowane, często przechodzą bez echa. Jeśli chcecie wiedzieć, czy nadchodzi reakcja zwrotna, liczenie przyjazdów wydaje się mniej użyteczne niż pytanie, czy wyborcy wierzą, że ich rząd wybrał tych przybyszów celowo.

Nic z tego nie oznacza jednak, że antyimigracyjna reakcja jest po prostu tym, co robią z niej prawicowe media. Stronnicy z pewnością próbują przedstawiać każdy epizod migracyjny jako uporządkowany albo chaotyczny, ale przyjmuje się zazwyczaj to ujęcie, za którym stoi choćby ziarno prawdy. Stosunkowo niewielki kryzys migracyjny w Nowym Jorku sprzed kilku lat był na przykład stałym tematem prawicowych relacji i doprowadził do znaczącej reakcji zwrotnej w jednym z prawdopodobnie najbardziej proimigracyjnych miast świata. Ale był to również prawdziwy kryzys, który niósł znacznie więcej niż ziarno prawdy o dysfunkcji państwa.

Do połowy 2023 roku miasto zapewniało schronienie około 40 tysiącom nowo przybyłych osób ubiegających się o azyl. Gubernator Teksasu Greg Abbott z powodów politycznych wysłał autobusami do Nowego Jorku prawie 8 tysięcy migrantów w ramach szerszej republikańskiej kampanii mającej pokazać, że federalny system imigracyjny nie działa. I ta zagrywka zadziałała, bo dysfunkcji do pokazania było mnóstwo. Wielu ubiegających się o azyl nie mogło legalnie pracować, a Nowy Jork nadal odpowiadał za ich zakwaterowanie, przy niewielkiej pomocy Waszyngtonu. Manhattan Institute oszacował, że kosztowało to miasto ponad 1,5 miliarda dolarów rocznie. Ostatecznie nawet stosunkowo kosmopolityczni podatnicy zasadnie uznali, że utrzymywanie dziesiątek tysięcy ludzi, których nie zapraszali i którzy nie potrafili się sami utrzymać, może nie być do udźwignięcia.

Dlaczego wszyscy próbowali skopiować australijski system imigracyjny?

Zastanówmy się, co Australia faktycznie zrobiła w sprawie imigracji i co uczyniło ją wyjątkową. To Kanada wynalazła w 1967 roku słynny system punktowy, oceniając kandydatów na imigrantów według osiągalnych cech, takich jak wykształcenie, kwalifikacje i znajomość języka, a nie cech przypisanych, jak rasa czy kraj pochodzenia. Australia przejęła ten pomysł, ale poszła dalej, budując limitowany program osiedleńczy, ustalony w tym roku na 185 tysięcy miejsc, który łączy selekcję punktową ze ścieżkami sponsorowanymi przez pracodawców, nominowanymi przez stany i rodzinnymi, rezerwując około 70 procent miejsc dla strumienia wykwalifikowanego. Jego sztandarowa ścieżka, wiza Skilled Independent, nie wymaga żadnego sponsora. Od 2012 roku chętni rejestrują wyrażenie zainteresowania w systemie SkillSelect, a rząd zaprasza najsilniejszych kandydatów do złożenia wniosku. Innowacja okazała się najwyraźniej na tyle dobra, że sama Kanada pożyczyła ją z powrotem do swojego systemu Express Entry w 2015 roku.

Wielka Brytania tymczasem spędziła dwie ostatnie dekady, próbując skopiować australijską markę bez wykonania ciężkiej pracy nad dostosowaniem jej treści. Politycy od Gordona Browna przez Nigela Farage’a po Borisa Johnsona wciąż obiecywali „system punktowy w stylu australijskim”, a jak wykazali Madeleine Sumption i Peter Walsh, brytyjskie rządy wprowadzają i modyfikują testy punktowe od 2002 roku. Ich atrakcyjność, jak twierdzą autorzy, zawsze była chyba bardziej symboliczna niż praktyczna: „w stylu australijskim” służyło jako polityczny skrót oznaczający kontrolę, a uczestnicy grup fokusowych kojarzyli to hasło z łodziami zawracanymi przez marynarkę pod groźbą użycia broni, co nie ma nic wspólnego z działaniem testu punktowego. W pobrexitowej wersji z 2021 roku, konkludują Sumption i Walsh, punkty stały się „czysto kosmetyczne”, doczepione do tradycyjnego systemu pozwoleń na pracę opartego na sponsorowaniu przez pracodawców, czyli przeciwieństwie tego, jak Australia wybiera wykwalifikowanych migrantów. Przemianowany system nadzorował następnie największą falę migracyjną w historii Wielkiej Brytanii, ze szczytem 944 tysięcy w jednym roku, mniej więcej trzykrotnością poziomu sprzed Brexitu. Wyborcy, co nie dziwi, zauważyli rozdźwięk między etykietą a dostawą i od tamtej pory Reform UK zbiera z tego profity.

Tymczasem trudniejszą połową tej umowy zawsze była kontrola na granicy i egzekwowanie prawa imigracyjnego, w tym zawracanie łodzi i rozpatrywanie wniosków poza terytorium kraju w ramach Operacji Sovereign Borders. Badacze z Kaldor Centre wprost nazwali przetwarzanie offshore „okrutnym, kosztownym i nieskutecznym”, przypisując odstraszający efekt pakietu zawracaniu łodzi, a nie obozom detencyjnym. Ale politycznego bilansu tych twardych i niewygodnych decyzji trudno nie zauważyć. Rządy obu głównych partii uznały, że widoczne powstrzymywanie nieuprawnionych przyjazdów jest ceną utrzymania jednego z najhojniejszych legalnych napływów na świecie, i przez dwie dekady sondaże w dużej mierze przyznawały im rację.

Jest tu ogólniejsza lekcja, której rządy wciąż uczą się na nowo: nawet w liberalnej demokracji niektórych migrantów trzeba zatrzymać i deportować. Gdy państwo w widoczny sposób nie potrafi tego zrobić, polityka robi się tylko brzydsza. Niemcy zakończyły 2025 rok z około 232 tysiącami osób prawnie zobowiązanych do opuszczenia kraju, z których w ciągu całego roku faktycznie wydalono niespełna 23 tysiące, a skrajnie prawicowa AfD, żerująca dokładnie na tej luce, prowadzi teraz w sondażach przed rządzącą centroprawicą.

Kanada, jeśli to coś warte, od dawna stosuje australijską formułę z cichszą maszynerią, łącząc duży legalny napływ z wiarygodnym egzekwowaniem prawa. W samym 2025 roku jej agencja graniczna przeprowadziła ponad 23 tysiące wydaleń niemal bez politycznego dramatu. Czytelnicy amerykańscy obserwowali natomiast odwrotną sekwencję: lata widocznie utraconej kontroli dały mandat dla kampanii egzekucyjnej, która od tego czasu wyszła daleko poza wszelkie granice, aż do momentu, gdy w styczniu tego roku agenci federalni zastrzelili dwoje amerykańskich obywateli protestujących przeciwko operacjom ICE w Minneapolis. Gdy rząd przestaje wydalać ludzi w uporządkowany sposób, późniejsza termostatyczna korekta bywa ostrzejsza, niż ktokolwiek zamierzał.

Pandemiczny szok, z którym żaden rząd anglosaski nie poradził sobie dobrze

Jak niemal każdy inny rząd na świecie, Australia zamknęła granicę w marcu 2020 roku. Ale zamknęła ją mocniej, notując w latach 2020–21 pierwszy roczny ujemny bilans migracji netto od 1946 roku. To radykalne zamknięcie zadziałało na opinię publiczną w zaskakujący sposób. W badaniu Scanlon z 2022 roku, przeprowadzonym kilka miesięcy po otwarciu granicy, tylko 24 procent Australijczyków uznało napływ za zbyt wysoki, najniższy odczyt w historii. Kanada, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone mniej więcej w tym samym czasie odnotowały własne rekordowo niskie wskaźniki liczb i sprzeciwu. Ale gdy migracja ruszyła ponownie, rekordowy skok nie pojawił się jeszcze ani w danych, ani na niczyim osiedlu. Opóźniony termostat wszędzie domagał się więc więcej migracji.

Australia, jak wiadomo, zaczęła otwierać się później niż większość świata, znosząc ograniczenia etapami od listopada 2021 roku, aż większość podróżnych mogła wrócić w lutym 2022 roku, prosto do gospodarki cierpiącej na brak pracowników. Z perspektywy czasu to odbicie przerosło wszelkie wyobrażenia: rekordowe 538 tysięcy przyjazdów netto w latach 2022–23, ponad dwukrotność tempa sprzed pandemii. Tymczasem Kanada urosła w 2023 roku o rekordowe 1,27 miliona osób, najszybciej od 1957 roku, a Wielka Brytania osiągnęła w tym samym roku swój szczyt 944 tysięcy. Stany Zjednoczone z kolei przeżywały to, co David Leonhardt z New York Timesa nazwał największym napływem imigracyjnym w historii USA, z migracją netto średnio około 2,4 miliona osób rocznie i odsetkiem ludności urodzonej za granicą przekraczającym poprzedni rekord z 1890 roku.

Gwoli sprawiedliwości wobec decydentów na całym świecie: ponowne uruchomienie zatrzymanego systemu migracyjnego pośród desperackiego popytu pracodawców, załamujących się finansów uczelni i ogromnych zaległości wizowych było naprawdę trudne. Z perspektywy czasu praktycznie żaden anglojęzyczny rząd nie zrobił tego dobrze. Owszem, te skoki nie były nieuniknione, lecz były wyraźnymi wyborami politycznymi. Ale prawdą jest też, że wszystkie te wybory podejmowały rządy pod presją biznesu, zakładając jednocześnie, że niezwykle przychylna opinia publiczna nie będzie miała nic przeciwko. Ich błąd polegał oczywiście na tym, że nie dostrzegli, iż ta przychylność, choć szczera, była wskaźnikiem opóźnionym i w istocie termostatycznym.

Wraz ze wzrostem liczb opinia publiczna w ciągu roku zaczęła wracać w stronę negatywną, w każdym kraju według własnego zegara. Nawet Stany Zjednoczone podążyły tą samą logiką na swój konwulsyjny sposób. Odsetek amerykańskich wyborców deklarujących Gallupowi, że chcą mniejszej imigracji, wzrósł z 28 procent w czerwcu 2020 roku do 55 procent w 2024 roku. Potem spadł do 30 procent w 2025 roku i do 29 procent na początku tego roku, gdy przekroczenia granicy załamały się, a twarda polityka administracji Trumpa uczyniła poczucie kontroli granicy niepodważalnym, cokolwiek myśleć o jej metodach.

Gdzie dokładnie australijski plan się załamał

Dla kogoś, kto chce, by imigracja się powiodła, wygodnie byłoby wyjaśnić australijską reakcję zwrotną jako przesadną odpowiedź na antyimigracyjną propagandę skrajnej prawicy. Nie sądzę, by to wyjaśnienie dobrze się broniło, gdy przyjrzymy się, skąd wziął się wzrost. Sławiony australijski program punktowy przez cały czas pozostawał limitowany. Skok nastąpił przez nielimitowaną migrację czasową, zwłaszcza studentów zagranicznych, a własne przeglądy rządu udokumentowały potem poważne problemy z tymi ścieżkami.

Nie zrozumcie mnie źle: jest mnóstwo miejsca na dobrze zarządzane ścieżki dla studentów zagranicznych i migracji czasowej. Jeśli już, to właśnie ścieżki czasowe bywają niesprawiedliwie wyszydzane, nawet przez zwolenników imigracji, jako drugorzędne lub oparte na nadużyciach w porównaniu ze ścieżkami osiedleńczymi. Ale prawdą jest też, że własny Przegląd Parkinsona australijskiego rządu ostrzegał w 2023 roku przed rosnącą „trwale tymczasową” podklasą. To w zasadzie dokładne przeciwieństwo tego, co ich system zbudowany na selekcji obiecuje od wielu lat. Drugi, Przegląd Nixon, opublikowany w tym samym roku, wykazał systemowe wykorzystywanie ścieżki wizy studenckiej: nierzetelnych dostawców usług edukacyjnych i pozbawionych skrupułów agentów, którzy w tak zwanych „szkołach widmach” sprzedawali dostęp do wizy zamiast wykształcenia.

Pod wszystkimi pojedynczymi skandalami kryje się jednak rażąca wada konstrukcyjna: Australia doczepiła do swojego słynnie selektywnego systemu nielimitowany strumień napędzany przychodami dostawców, w praktyce zlecając decyzje migracyjne instytucjom opłacanym od każdego zapisu. Edukacja międzynarodowa stała się eksportem wartym ponad 50 miliardów dolarów rocznie, a instytucje, od szkółek w centrach handlowych po uniwersytety z piaskowca, miały bezpośredni finansowy interes w maksymalizowaniu liczby imigrantów. Studenci potrzebują też gdzieś mieszkać. Gdy więc brakuje mieszkań, każdy dodatkowy najemca jest widoczny dla zwykłych wyborców. Dotyczy to nawet sytuacji, gdy staranniejsze badania ostatecznie stwierdzają, że imigranci niekoniecznie są winni.

Ostatecznie doświadczenie Australii aż nazbyt dobrze pasuje do wspólnego wzorca całego świata anglosaskiego. Kanada również pozwoliła swoim prywatnym szkołom rozrosnąć się do tego stopnia, że jej własny minister imigracji nazwał je „dyplomowym odpowiednikiem fabryk szczeniąt” i wprowadził awaryjny limit. Porażka Wielkiej Brytanii przybrała subtelniejszą formę: jej oficjalny przegląd nie wykazał powszechnych nadużyć, ale uczelnie uzależniły się finansowo od czesnego zagranicznych studentów, by subsydiować badania i kształcenie krajowe. Ich nabór (plus boom towarzyszących członków rodzin) eksplodował więc bez większej zgody wyborców.

W każdym z tych krajów funkcja strażnika przesunęła się z państwa na instytucje z bodźcem przychodowym i w każdym z nich opinia publiczna ostatecznie odmówiła traktowania rezultatu jako migracji wybranej. Trzeba oddać Canberze, że od tamtej pory w dużej mierze przyjęła tę diagnozę. Strategia Migracyjna z grudnia 2023 roku wprowadziła surowszy test rzeczywistego zamiaru studiowania, a ustawa o rzetelności wymierzona w najgorszych dostawców została w końcu uchwalona pod koniec 2025 roku. W rezultacie najnowsze liczby zapisów studentów zagranicznych mieszczą się teraz poniżej krajowego poziomu planistycznego, sterowanego priorytetami rozpatrywania wiz zamiast sztywnych limitów, który jawnie i z wyprzedzeniem określa ich skalę.

Jak utrzymać popularność imigracji

Przestrogi płynące z doświadczeń Kanady i Wielkiej Brytanii dają teraz Australii co najmniej dwie odrębne lekcje, czego nie robić. Lekcja kanadyjska mówi o uczciwym przyznaniu się do błędów i przesady, ale też o tym, by nie hamować tak mocno, że ludność zaczyna się kurczyć. Choć oczywiście prawdą jest, że tak ostre hamowanie może dać krótkotrwałą polityczną ulgę.

Może też jednak odbyć się kosztem długofalowego wzrostu systemu. Lekcja brytyjska, obiecywanie systemu w stylu australijskim przy prowadzeniu czegoś zupełnie innego i ignorowaniu termostatycznej natury opinii publicznej, to najszybsza znana droga do partii pokroju Reform. Obie byłyby dziwnym importem dla Australii, zważywszy, że oba kraje spędziły lata, faktycznie próbując importować australijski sukces.

Jest tu też lekcja amerykańska i brzmi ona po prostu tak, że bardziej konserwatywni Australijczycy z uzasadnionymi obawami o imigrację powinni oprzeć się pokusie wybierania antyimigracyjnych populistów. Niezależnie od tego, jak źle wyglądają obecne elity i jak wiele obiecują populiści, rezultaty są niemal zawsze gorsze. W samej sprawie imigracji administracja Trumpa, trzeba jej to przyznać, w dużej mierze powstrzymała nielegalne przekroczenia granicy. Ale ograniczyła też imigrację legalną bardziej niż nielegalną, najmocniej uderzając w strumienie wykwalifikowane i inne popularne ścieżki, a wszystko to bez żadnego konstruktywnego rozwiązania dla milionów nieuprawnionych imigrantów już przebywających w kraju.

Program osiedleńczy pozostał przez cały kryzys limitowany i w dużej mierze niekwestionowany, a sondaże wciąż pokazują, że Australijczycy popierają migrację wykwalifikowaną, a większość nie chce nawet ograniczać liczby studentów. Reakcja zwrotna dotyczyła strumieni, które nie były ani zaplanowane, ani limitowane, ani selekcjonowane.

Jest tu mnóstwo ciężkiej pracy nad projektowaniem polityk, ale rozszerzenie logiki programu osiedleńczego na migrację studencką i czasową, przez jawne i uprzednie określenie ich skali, to coś, na co zgodzić się powinni zarówno zwolennicy imigracji, jak i jej przeciwnicy. Nie wstrzymuję oddechu w oczekiwaniu, że stanie się to wkrótce. Warto jednak pamiętać, że Australijczycy zaciekle spierający się o właściwą liczbę wciąż spierają się wewnątrz jednego z najbardziej otwartych, a zarazem selektywnych systemów na naszej planecie.

Australijska opinia publiczna prawdopodobnie będzie opóźniona wobec poprawy, tak jak była opóźniona wobec skoku. Dobra wiadomość jest taka, że Australia wchodzi w tę walkę z przewagą nad Stanami Zjednoczonymi i większością innych krajów przyjmujących imigrantów, takich jak Niemcy, bo, tak jak Kanada, już raz uczyniła imigrację popularną z założenia. Zła wiadomość jest taka, że utrzymanie tej popularności nie jest łatwe, bo oznacza prowadzenie strumieni czasowych tak, jak zawsze prowadzono osiedleńcze, na przekór wszelkim naciskom grup interesu.

Ale cel, jakim jest utrzymanie popularności imigracji, jest absolutnie tego wart. Rząd musi tylko zadbać o to, by każdy, z lewej czy z prawej strony, patrząc na system, mógł znów zobaczyć, że imigracja działa w interesie narodowym.

Wersja tego tekstu ukazała się najpierw w Eureka Street 14 sierpnia.

Udostępnij

Pierwotnie opublikowano na Substack.
To tłumaczenie zostało wykonane z pomocą AI i może nie w pełni oddawać oryginalne treści. Proszę odnieść się do angielskiej wersji na Substack jako tekstu wzorcowego.
Sugerowany sposób cytowania
Kustov, Alexander. 2026. "How Australia Already Made Immigration Popular and How to Keep It That Way." Popular by Design, September 8, 2026. https://www.popularbydesign.org/p/australia-already-made-immigration