Czy deportowanie ludzi z liberalnej demokracji jest moralnie uzasadnione? Jeśli przed chwilą zawahaliście się choćby na moment albo jeśli wasza odpowiedź była czymkolwiek innym niż zdecydowanym “tak”, ten esej jest dla was.
Bez zbędnych wstępów: moja własna odpowiedź brzmi zdecydowanie tak. Co więcej, możliwe, że liberalna demokracja wręcz wymaga realnej możliwości deportacji. Mam wrażenie, że wielu proimigracyjnych rzeczników i zwyczajnych liberałów, w tym wielu moich kolegów badaczy migracji, po prostu nosi w sobie ukryte założenie, że sprawiedliwy system imigracyjny to taki, w którym nikt—ani jedna osoba, niezależnie od czegokolwiek—nigdy nie zostaje deportowany. Spróbuję was tu przekonać, że to założenie jest błędne, i sądzę, że stało się ono jedną z przeszkód w budowaniu polityki imigracyjnej, której większość z nas naprawdę chce.
Wiosną tego roku przekonywałem na łamach The Atlantic, że stara norma sprzeciwu “tylko” wobec nielegalnej imigracji, choć często nieszczera, służyła jako polityczna tarcza chroniąca imigrację legalną, a jej upadek powinien niepokoić każdego, kto chce więcej tej drugiej. Ten esej idzie o krok dalej, do części, której prawie nikt po mojej stronie nie chce bronić, i broni wąskiej, ale zasadniczej tezy: w liberalnej demokracji niektórzy ludzie pozbawieni prawa pobytu muszą zostać usunięci, także siłą i do państw trzecich, gdy nic innego nie działa.
To zdanie brzmi ostrzej, niż jest w rzeczywistości, ponieważ debaty imigracyjne nauczyły nas słyszeć w “deportacji” albo niepotrzebne okrucieństwo, albo restrykcjonistyczną twardość. Lepiej jednak myśleć o deportacji tak jak o karze pozbawienia wolności czy nawet karze śmierci: jako o jednym z prawomocnych instrumentów, jakimi dysponują nasze demokratyczne rządy, by egzekwować prawo i utrzymywać porządek. Jeśli nasze procedury azylowe mają jakiekolwiek znaczenie, część wniosków zostanie odrzucona. A jeśli kontrola sądowa ma znaczenie, część odwołań zostanie wyczerpana. Ostatecznie, jeśli chcemy prosić obywateli o zaufanie do hojnego systemu imigracyjnego, ich rząd musi być w stanie wykonywać decyzje samego systemu.
Nie zamierzam tu proponować szczegółowych ram egzekwowania prawa, a esej celowo pozostaje agnostyczny co do tego, ile osób powinno zostać usuniętych i w jaki sposób. Chcę po prostu ustalić punkt wyjścia, na którym wszyscy mogą się oprzeć, tak byśmy mogli prowadzić owocną rozmowę o projektowaniu egzekwowania prawa zamiast obecnych przepychanek między “deportować wszystkich” a “deportacje są bezprawne”.
Najlepszy argument przeciwko deportacjom
Skoro próbuję tu przedstawić liberalny argument za deportacjami, powinienem najpierw jak najmocniej przedstawić pogląd przeciwny. Nie zrozumcie mnie źle—deportacje są, delikatnie mówiąc, czymś złym.
Kiedy funkcjonariusze państwa deportują migrantów, dopuszczają się przymusowej przemocy państwowej wobec ludzi, którzy w ogromnej większości przypadków nie są winni niczego poza pragnieniem lepszego życia. Deportowanie ludzi kosztuje poważne pieniądze, które można by wydać na niemal wszystko bardziej konstruktywnego.1 Wyrządza bezpośrednią, trwałą krzywdę deportowanym, ich pracodawcom, przyjaciołom i rodzinom, w tym wielu obywatelom. Może naruszać prawo międzynarodowe, gdy odsyła ludzi tam, gdzie grożą im prześladowania, a decyzje w sprawach migracyjnych zapadają w warunkach prawdziwej niepewności: trauma, złe tłumaczenia, brakujące dokumenty i nierówny dostęp do prawników zwiększają ryzyko błędu. Na dodatek czasem nie istnieje funkcjonujące państwo, do którego można by kogokolwiek deportować, albo żadne państwo nie chce nikogo przyjąć. Koniec końców deportacja należy wyraźnie do najsurowszych rzeczy, jakie nowoczesne liberalno-demokratyczne państwo może zrobić człowiekowi poza prawem karnym.
Niektórzy badacze i rzecznicy wyciągają z tych przesłanek radykalny wniosek, więc to, co następuje, nie jest walką z chochołem. Na łamach UCLA Law Review prawniczka Angélica Cházaro przekonuje, że deportacja jest aktem przemocy nie do obrony, a jej zniesienie powinno być horyzontem proimigranckiego rzecznictwa. Inni badacze nakreślili, jak wygląda praktyka prawnicza zmierzająca ku temu horyzontowi.
Nie wątpię, że to stanowisko jest spójne i szczerze wyznawane. Jest też zapewne bardziej wpływowe, niż sugerowałaby liczba jego jawnych zwolenników: na każdego badacza, który pisze “znieść deportacje”, przypada znacznie więcej rzeczników i akademików, którzy nigdy nie podpisaliby się pod tym hasłem, ale każde faktyczne usunięcie traktują jako moralnie podejrzane. A jeszcze pewnie liczniejsza grupa, w tym wielu moich bardziej umiarkowanych i libertariańskich kolegów, po prostu trzyma deportacje poza zasięgiem wzroku i myśli. Temat wydaje im się niejasno kompromitujący, więc ich artykuły i propozycje polityk przeważnie go omijają. Muszę przyznać, że sam byłem tego winny. Moja własna książka ledwie wspomina o potrzebie deportacji i egzekwowania prawa, mimo że wszystko, co mówi o zaufaniu i porządku, wyraźnie od nich zależy. Ten esej jest moją próbą naprawienia tego.
Widziałem ten światopogląd w akcji na czerwcowej konferencji Council for European Studies w Dublinie (rzadki przypadek dużej konferencji, która naprawdę mi się podobała), gdzie panele o migracji wciąż biegły w dwóch różnych kierunkach, z bardzo gorącymi sporami. Część sali upierała się, że liberalne demokracje nie przetrwają bez jasno określonego członkostwa i porządku publicznego, podczas gdy wielu innych badaczy i rzeczników mówiło o usuwaniu ludzi jak o czymś moralnie skażonym, czymś, czego przyzwoite państwa po prostu już nie robią. Najbardziej uderzyło mnie, jak rzadko ten drugi obóz mówił, co właściwie powinno się stać, gdy czyjś wniosek o azyl został odrzucony. Pytanie zwykle po prostu zawisało w powietrzu, aż panel przechodził do kolejnego trudnego przypadku.
Struktura tego uniku jest znana z innej debaty. Zwolennicy abolicji więzień zbudowali poważny ruch intelektualny na spostrzeżeniu, że więzienia są brutalne, kosztowne i stosowane nierówno. Te spostrzeżenia są prawdziwe w swoim zakresie. Ale ruch ten zawsze zmagał się z pytaniem, co ma się stać z ludźmi, którzy wyrządzają poważną krzywdę, a najczęstsza odpowiedź brzmi, że w sprawiedliwym społeczeństwie, po rozwiązaniu problemów biedy i desperacji, ludzie rzadko by ją w ogóle wyrządzali. Zaledwie miesiąc temu, na kilka dni przed wygraniem prawyborów do Kongresu w Nowym Jorku, demokratyczna socjalistka i zwolenniczka abolicji więzień Darializa Avila Chevalier była wielokrotnie pytana w wywiadzie, co powinno się stać z kimś, kto zabija drugiego człowieka; nigdy nie odpowiedziała wprost, mówiąc, że chodzi jej o “odległość między światem, który chcemy widzieć, a światem, w którym jesteśmy”.
Wielu proimigracyjnych rzeczników wyznaje lustrzane odbicie tego poglądu: w sprawiedliwym systemie imigracyjnym, z niskimi lub zniesionymi barierami, niewiele przepisów imigracyjnych pozostałoby do złamania, więc nikt nie musiałby być deportowany. Oba te ruchy przenoszą trudny przypadek do utopii, w której już nie występuje. Oba pozostawiają rzeczywistą instytucję, tę działającą w świecie, jaki mamy, bez pryncypialnego ujęcia jej najtrudniejszego i najbardziej definiującego zadania.
Oczywiście nielegalna imigracja to dosłownie nie morderstwo. Mój przyjaciel Bryan Caplan przedstawił wersję tego argumentu zaledwie miesiąc temu: każdy, kto kiedykolwiek prowadził samochód, przekroczył dozwoloną prędkość, a “jeśli uważasz, że można złamać przepis zakazujący jazdy 56 mil na godzinę przez pustynię, powinieneś uważać, że można złamać przepis zakazujący koszenia trawy za pieniądze”. Nieuprawniony pobyt jest w tym ujęciu naruszeniem regulacyjnym bez ofiar, co czyni deportację groteskowo nieproporcjonalną karą.
Rozumiem Bryana i innych libertarian, którzy wysuwają ten argument. Ale żyjemy w demokracji, na dobre i na złe, a większość wyborców, którzy mają wpływ na to, kto zostanie wybrany następnym razem, po prostu tak nie myśli. Poza tym określenie “bez ofiar” dźwiga w tym zdaniu spory ciężar. W Stanach Zjednoczonych ten opis jest co najmniej w połowie trafny, bo pracownicy bez zezwolenia płacą federalne podatki na świadczenia, których nigdy nie będą mogli pobrać, ale koszty ich obecności lądują blisko domu: szkoły i lokalne usługi, z których korzystają ich rodziny, finansują stany i miasta, a tę rozbieżność udokumentowały National Academies w swoim przełomowym studium fiskalnym. W znacznie hojniejszych europejskich państwach opiekuńczych, gdzie nawet osoby z nakazem wyjazdu zachowują prawo do zakwaterowania i świadczeń, bilans fiskalny jest jeszcze trudniejszy do zbagatelizowania.2 Poza tym obecny stan prawa w Stanach Zjednoczonych i innych rozwiniętych demokracjach jest taki, że cudzoziemcy przebywający nielegalnie, wobec których wydano nakaz usunięcia, muszą z mocy ustawy zostać faktycznie deportowani, podczas gdy za przekroczenie prędkości—egzekwowane czasem nawet wtedy, gdy nie jest to absolutnie konieczne—zwykle grozi co najwyżej mandat.
Politolodzy Matthew Wright, Morris Levy i Jack Citrin wykazali również, że Amerykanie oceniający nielegalną imigrację przechodzą od ważenia cech poszczególnych imigrantów do kategorycznych sądów moralnych zakorzenionych w rządach prawa, a książka Levy’ego i Wrighta dowodzi, że obywatelska uczciwość jest dominującą ramą, przez którą Amerykanie oceniają tę kwestię. Wyborcy traktują nieuprawniony wjazd jako złamanie umowy społecznej, a ruch, który wciąż porównuje go do mandatu drogowego, przekonuje ich głównie o tym, że nie zamierza niczego egzekwować.
Tak więc nawet najlepszy argument przeciwko deportacjom nie prowadzi do wniosku, który wyciąga z niego wielu rzeczników. Owszem, wysokie koszty ekonomiczne i moralne deportacji są przytłaczającym argumentem za uczciwą i sprawiedliwą procedurą deportacyjną: pełnymi rozprawami, kompetentnym tłumaczeniem, dostępem do obrońcy (za który, nawiasem mówiąc, podatnicy też musieliby zapłacić) i zdecydowanym korygowaniem błędów, tak by nie było fałszywych trafień. Stanowią mocny, choć mniej przekonujący argument za tym, by usunięcia były jak najrzadsze, by priorytetowo traktować najgorszych przestępców i by poddawać decyzje kontroli. Ale najlepszy argument przeciwko deportacjom nie uzasadnia wniosku, że nikt nigdy nie powinien być deportowany, tak jak najlepszy argument przeciwko przerażającym warunkom w amerykańskich systemach więziennych nie dowodzi, że nikogo nigdy nie należy odseparowywać od społeczeństwa.
Mój test dla każdego, kto się waha, to ten jeden hipotetyczny przypadek. Załóżmy, że ktoś ubiega się o azyl i otrzymuje wszystko, co procedura może zaoferować: właściwe zawiadomienie, tłumacza, prawnika, pełną rozprawę i apelację. Przegrywa na każdym etapie; jego kraj pochodzenia jest dla niego bezpieczny i gotów przyjąć go z powrotem, żadna ochrona prawna nie ma zastosowania, a rząd oferuje nawet opłacenie lotu do domu. On mimo to odmawia wyjazdu. Jeśli twierdzicie, że liberalne państwo nie może usunąć nawet tej osoby, to przegrana w sprawie imigracyjnej nie ma żadnych konsekwencji,3 a wszystkie te rozprawy były kosztownym rytuałem prawa na niby. Nawet Joseph Carens, filozof, który zrobił więcej niż ktokolwiek dla etycznej obrony otwartych granic, pisze wprost, że nic w jego argumentacji “nie odmawia rządowi moralnego i prawnego prawa do niedopuszczenia do wjazdu w pierwszej kolejności ani do deportowania tych, którzy osiedlają się bez zezwolenia, o ile wydalenia te następują na stosunkowo wczesnym etapie pobytu”.
Niemcy: co się dzieje, gdy nikt nie jest deportowany
Niemcy zasługują na dłuższą uwagę, ponieważ są zamożną liberalną demokracją z rozbudowanymi zabezpieczeniami prawnymi i widoczną porażką egzekwowania prawa, a także dlatego, że Amerykanie, którzy obecnie kojarzą deportacje z transmitowanymi w telewizji nalotami i dziennymi kwotami aresztowań, zwykle uznają tamtejszą sytuację za wprost niewiarygodną, gdy się o niej dowiadują. Podczas zeszłorocznej wizyty badawczej rozmawiałem tam z politykami i aktywistami z całego spektrum, a przedstawiciele głównego nurtu centroprawicy (CDU) powtarzali mi dokładnie tę samą zaskakującą rzecz: z Niemiec prawie nie da się nikogo deportować. Wiele osób, których wnioski azylowe odrzucono lata temu, skarżyli się, wciąż mieszka w zakwaterowaniu finansowanym przez podatników, a władze niewiele mogą z tym zrobić. Byłem sceptyczny, bo narzekanie na słabe egzekwowanie prawa to coś, co prawicowi politycy robią wszędzie. Potem sprawdziłem liczby i okazało się, że w większości mieli rację.
Zewnętrznemu obserwatorowi wszystko to może brzmieć jak biurokratyczny żart. Pod koniec 2025 roku około 232 000 osób w Niemczech było prawnie zobowiązanych do opuszczenia kraju, a około 82 procent z nich posiadało “Duldung”, urzędowe zaświadczenie o tolerowaniu pobytu: państwo nakazało ci wyjechać i jednocześnie zaświadcza, że na razie cię do tego nie zmusi. Przez cały 2025 rok Niemcy deportowały mniej niż 23 000 osób, podczas gdy ponad 34 000 zaplanowanych deportacji odwołano lub z innych powodów nigdy nie przeprowadzono, zwykle dlatego, że danej osoby nie udało się tego dnia odnaleźć. Więcej zaplanowanych usunięć zakończyło się fiaskiem niż powodzeniem, i dokładnie tak, jak twierdzi CDU, wiele osób z nakazem wyjazdu zachowuje na czas pobytu prawo do finansowanego przez państwo zakwaterowania i świadczeń, czasem w obniżonym wymiarze. Zauważmy, że taki układ nie jest też żadną łaską dla “tolerowanych”: lata niepewnego statusu i zmieniających się ograniczeń w dostępie do pracy, bez możliwości zaplanowania sobie życia.
Oczywiście, gdy porozmawia się z lewicowymi proimigracyjnymi aktywistami, przedstawią inną interpretację tych samych liczb. Niemieckie deportacje w rzeczywistości rosną od pięciu lat z rzędu, dobrowolne wyjazdy przewyższają przymusowe usunięcia, a większości osób z Duldung nie można obecnie zgodnie z prawem usunąć, z powodów sięgających od brakujących dokumentów podróży i nieustalonej tożsamości po okoliczności rodzinne i zdrowotne. Niemcy stale też przekształcają część tej grupy w legalnych rezydentów dzięki niedawnej ustawie o “szansie na pobyt” dla osób od dawna osiadłych.
Ale nawet państwo, które z roku na rok deportuje więcej, zbudowało trwałą kategorię mieszczącą jednocześnie ćwierć miliona ludzi, zawieszonych, często latami, między decyzją prawną a jakimkolwiek prawdziwym rozstrzygnięciem, czy to wyjazdem, czy bezpiecznym statusem. Przeprowadzanie usunięć jest “zasadniczo obowiązkiem krajów związkowych”, szesnastu landów, których praktyki różnią się tak bardzo, że rządowa Rada Ekspertów ds. Integracji i Migracji zdiagnozowała “ewidentny problem spójności”: identyczne sprawy kończą się różnie w zależności od tego, który lokalny urząd prowadzi akta. Lokalny urzędnik, który musi wsadzić rodzinę do samolotu, bierze na siebie artykuł w gazecie, podczas gdy koszty nieegzekwowania niczego nie spadają na nikogo konkretnego.
To wszystko nie jest już hipotetyczne. Po tym, jak Afgańczyk prawnie zobowiązany do opuszczenia kraju zabił w styczniu 2025 roku w Aschaffenburgu dwulatka i osobę dorosłą, Friedrich Merz zbudował wokół tej luki w egzekwowaniu prawa swój pięciopunktowy plan i przeforsował w Bundestagu niewiążącą uchwałę głosami AfD, łamiąc powojenne tabu. Tymczasem usunięcia, które dominują w nagłówkach, pozostają niemal ceremonialne: dwa szeroko nagłośnione loty ze skazanymi przestępcami do Afganistanu i jeden mężczyzna odesłany do Syrii, łącznie około stu osób, wobec zasobu 232 000. Kiedy rządy głównego nurtu wyglądają jednocześnie na okrutne i nieskuteczne, partie, które obiecują być po prostu okrutne, nie zostają przy 20 procentach na zawsze. AfD wyprzedza obecnie CDU w sondażach, zbliżając się do 30 procent.
Cały ten paraliż nie jest ceną, jaką liberalna demokracja musi płacić za bycie humanitarną. Kanada, ulubiona przez wszystkich historia imigracyjnego sukcesu, zamknęła w 2025 roku około 23 000 spraw o usunięcie, wobec około 15 000 w 2023 roku, z czego ponad cztery na pięć dotyczyło osób z odrzuconymi wnioskami uchodźczymi. Większość tych ludzi wyjechała bez eskorty po ostatecznej decyzji, a przymus zarezerwowano dla niewielkiej mniejszości; rząd zaś otwarcie finansuje swoją agencję graniczną tak, by utrzymywała 20 000 usunięć rocznie w celu ochrony integralności systemu azylowego. Zamożna demokracja może najwyraźniej prowadzić jeden z najhojniejszych systemów imigracyjnych świata i wciąż dbać o to, by po ostatecznym “nie” zwykle następował faktyczny wyjazd.
USA: egzekwowanie na wielką skalę bez wiarygodności
Stany Zjednoczone mają odwrotną patologię i przyglądałem się jej z bliska. W listopadzie 2025 roku wciąż mieszkałem w Charlotte w Karolinie Północnej, kiedy dowódca Border Patrol Gregory Bovino sprowadził do miasta swoich agentów w ramach akcji, którą rząd nazwał Operation Charlotte’s Web. W ciągu pięciu dni agenci dokonali ponad 250 aresztowań, z których, według wewnętrznego dokumentu DHS uzyskanego przez CBS News, mniej niż jedna trzecia dotyczyła osób sklasyfikowanych jako “criminal aliens”. W poniedziałek po rozpoczęciu operacji ponad 30 000 uczniów, jedna piąta okręgu, nie pojawiło się w szkołach Charlotte-Mecklenburg. Wiele firm musiało zamknąć się na całe tygodnie. Nawet Republikanie się wzdrygnęli: były gubernator Karoliny Północnej Pat McCrory powiedział The Daily Beast, że jego partia “miała przewagę w sprawie imigracji, dopóki ścigała przestępców i gangi”, a traciła ją “z powodu widocznie chaotycznego przeprowadzania aresztowań”.4
W przeciwieństwie do Niemiec Ameryka usuwa ludzi na wielką skalę: do grudnia 2025 roku administracja ogłosiła ponad 605 000 deportacji w niecały rok, plus znacznie większe liczby, które zalicza jako samodeportacje.5 Muszę jednak uczciwie przyznać, że oba kraje mają ze sobą więcej wspólnego, niż sugerują wersje z telewizji kablowej. Ameryka ma własny zasób na kształt Duldung: około 1,5 miliona osób figuruje w rejestrze ICE z ostatecznymi nakazami usunięcia, których nigdy nie wykonano, niejednorodna masa rozciągająca się od osób ukrywających się po osoby, które samo prawo obecnie chroni, zablokowana przez wiele z tych samych rzeczy, które blokują Niemcy, od państw odmawiających przyjęcia z powrotem własnych obywateli po brakujące dokumenty podróży i ograniczone możliwości detencji i lotów. A procedura stojąca za tymi nakazami jest jednocześnie powolna i wątła: zaległości sądów imigracyjnych sięgają około 3,2 miliona spraw w toku, sprawy azylowe czekają na rozstrzygnięcie cztery lata lub dłużej, większość osób w tych postępowaniach nie ma prawnika, a w roku fiskalnym 2025 około 63 procent nakazów usunięcia w nowo wszczętych sprawach wydano zaocznie, wobec osób nieobecnych na sali sądowej. Koniec końców i w Niemczech, i w Stanach Zjednoczonych widoczna lekcja dla obywateli jest w gruncie rzeczy ta sama: formalne decyzje systemu imigracyjnego nie opisują tego, co faktycznie się dzieje.
Nasz amerykański dyskurs ma własną wersję założenia o niedeportowaniu, a kryje się ona w pozornie umiarkowanym stanowisku: idei, że egzekwowanie prawa jest prawomocne tylko wobec “przestępców”. Kiedy Janet Murguía z National Council of La Raza głośno nazwała Baracka Obamę “deporter-in-chief” w 2014 roku, jego administracja właśnie ustanowiła współczesny rekord ponad 438 000 usunięć w jednym roku. Etykieta przylgnęła właśnie dlatego, że większość usuniętych nie była groźna.
Dzisiejsi krytycy administracji Trumpa opierają się na tej samej przesłance z drugiej strony, twierdząc, że obława jest bezprawna, ponieważ agenci aresztują ogrodników zamiast członków gangów. Priorytetowe traktowanie poważnych przestępców to właściwa selekcja i podzielam odrazę wobec tego, co ją zastąpiło. Ale zauważcie, co ta przesłanka implikuje, jeśli potraktować ją jako zasadę, a nie priorytet: że naruszenie prawa imigracyjnego jako takie nigdy, nawet po pełnej procedurze, nie może pociągać za sobą konsekwencji, którą to prawo przewiduje. Każdy system prawny działa w oparciu o uznaniowość, ale kategoryczny zakaz egzekwowania w istocie uchyla prawo, które rzekomo łagodzi.
Kierownictwo służb za Obamy rozumiało to rozróżnienie; w ostatnim roku jego urzędowania ponad 90 procent usunięć z głębi kraju dotyczyło osób z wyrokami za poważne przestępstwa, a mimo to system zachowywał deklarowaną zdolność do usuwania innych osób z ostatecznymi nakazami. Utrata tej zdolności nie tworzy bardziej humanitarnej równowagi; tworzy scenariusz niemiecki, w którym ćwierć miliona ludzi żyje zawieszonych między decyzją prawną a jej konsekwencją. Wielu tolerowanych z pewnością przedłożyłoby zawieszenie nad deportację, nawet jeśli tym, czego naprawdę chcą, jest bezpieczny status. Ale liberalna demokracja to wciąż demokracja, a jej reguły imigracyjne należą ostatecznie do obywateli i ich przedstawicieli.
Deportacje jednak działają
Dobrze, teraz możecie powiedzieć: niech będzie, deportacje mogą być prawomocne co do zasady, ale nie działają, więc całe to okrucieństwo niczego nie kupuje. Albo, mówiąc precyzyjniej, deportacje nie pomagają odstraszać ludzi od nielegalnego przyjazdu.
To rozumowanie zwykle przebiega w dwóch krokach. Krok pierwszy głosi, że ograniczanie legalnej imigracji nie może działać, bo po prostu przesuwa tych samych ludzi do kanałów nielegalnych. Krok drugi głosi, że egzekwowanie prawa i deportacje też nie mogą działać, bo o wszystkim decydują czynniki wypychające. Ludzi, którzy ryzykują życie, by przekroczyć granicę, wypychają warunki panujące w ich krajach, i nic, co zrobi rząd USA, nie wpłynie na ich decyzje.
Żaden z tych kroków nie wytrzymuje zderzenia z dowodami. Hein de Haas, Mathias Czaika i ich współpracownicy, którzy badali skutki polityk migracyjnych tak systematycznie jak mało kto, dochodzą do wniosku, że polityki te są “generalnie skuteczne”: restrykcje naprawdę zmniejszają przepływy, w które celują, a udokumentowane przekierowanie do kanałów nieregularnych jest tylko częściowe. W pokrewnym europejskim badaniu Czaika i Mogens Hobolth ustalili, że wzrost odmów azylowych i wizowych o 10 procent zwiększał migrację nieregularną odpowiednio tylko o 2–4 i 4–7 procent, daleko od przesunięcia jeden do jednego. Imigracja nie jest zresztą jedyną dziedziną, w której mądrzy ludzie popełniają ten błąd—myślenie w kategoriach stałej wielkości sięga znacznie dalej, do debat o zakazach niemal czegokolwiek.
Tak więc, czy wam się to podoba, czy nie, polityka imigracyjna naprawdę zmienia to, kto przyjeżdża, w jakiej liczbie i którymi drzwiami, a ostatnie dwa lata pokazały to na wielką skalę. Liczba zatrzymań Border Patrol na południowej granicy spadła z ponad 2 milionów w roku fiskalnym 2023 do poniżej 240 000 w roku fiskalnym 2025, najniższego rocznego poziomu od ponad 50 lat, przy czym miesięczne sumy z 2025 roku należały do najniższych, jakie kiedykolwiek odnotowano. Ekonomiści z Brookings i AEI szacują, że migracja netto stała się w 2025 roku ujemna po raz pierwszy od mniej więcej pół wieku, a liczba osób wyjeżdżających w reakcji na klimat egzekwowania prawa być może przewyższyła liczbę osób formalnie usuniętych. Owszem, spadek zaczął się w styczniu 2024 roku za Bidena, a zaostrzone działania Meksyku wykonały dużą część wczesnej pracy, ale nikt nie może spojrzeć na te liczby i dalej z poważną miną twierdzić, że egzekwowanie prawa nie ma żadnego efektu odstraszającego wobec nieuprawnionej migracji.
A odstraszanie to i tak tylko część argumentu. Kryminolodzy od dawna rozróżniają między odstraszaniem od przestępstwa a zwykłym uniemożliwieniem jego popełniania danej osobie, a deportacja działa tymi samymi kanałami. Podobnie jak kara pozbawienia wolności, działa nawet wtedy, gdy nikogo innego nie odstrasza: kończy pobyt, który sądy już uznały za bezprawny, i zatrzymuje lokalne koszty, o których wspomniałem wyżej. Nawet gdyby efekt odstraszający był z jakiegoś powodu bliski zera, usunięcia i tak warto by przeprowadzać, tak jak wykonuje się każdy inny prawomocny wyrok.
Ludzie reagują na wiarygodne reguły i właśnie dlatego same reguły muszą być warte egzekwowania. Absolutnie powinniśmy pamiętać, że każde powstrzymane przekroczenie granicy czy każdy deportowany to osoba, która nigdy nie uzyska tego, co byłoby prawdopodobnie największym wzrostem dochodu w jej życiu, a dla ludzi uciekających przed prześladowaniami stratą może być samo bezpieczeństwo. Płacenie tej ceny usprawiedliwia to, co za nią kupujemy: system cieszący się zaufaniem na tyle dużym, by dalej wpuszczać ludzi, najlepiej więcej, frontowymi drzwiami.6
Deportacje są tym, co demokracja jest winna obywatelom
Najgłębszy powód, dla którego ktoś musi być w liberalnej demokracji deportowalny, dotyczy tego, co demokratyczny rząd jest winien ludziom, którzy go upoważniają. Liberalna demokracja to samorządna wspólnota polityczna: obywatele ponoszą lokalne koszty polityk, odsuwają rządy od władzy, gdy polityki zawodzą, i (pośrednio) ustanawiają wiążące reguły dla ograniczonego terytorium, w tym reguły dotyczące tego, kto może wjechać i zostać. Reguła, której nigdy nie można wobec nikogo wyegzekwować, jest aspiracją, a nie prawem, a wyborcy potrafią dostrzec różnicę. Nikt konkretny nie musi więc być deportowany danego dnia, ale deportacja musi pozostać możliwa co do zasady, a o faktycznej liczbie powinna rozstrzygać dobra procedura, a nie paraliż czy spektakl.
W moich własnych niedawnych badaniach przekonywałem, że ochrona migrantów humanitarnych pozostaje politycznie trwała tylko na fundamencie zaufania do szerszego systemu, w tym do egzekwowania jego reguł. To, na ile sama skuteczność usunięć zasila to zaufanie, jest dokładnie tym rodzajem pytania, które moja dziedzina powinna testować, zamiast go unikać. Rząd, który prosi obywateli o akceptację imigracji, a jednocześnie na oczach wszystkich uchyla się od wykonywania własnych ostatecznych decyzji, prosi o zaufanie, na które nie zapracował, i w końcu włącza się imigracyjny termostat: gdy wyborcy wyczuwają, że system wymknął się spod kontroli, pchają politykę z powrotem w przeciwnym kierunku, zwykle mocniej, niż ktokolwiek zamierzał.
Nic z tego nie przesądza, dokąd ludzie trafiają, a to właśnie miejsce docelowe decyduje o tym, czy egzekwowanie prawa zyskuje, czy traci legitymizację: w normalnym przypadku to kraj pochodzenia albo państwo trzecie na mocy umowy przestrzegającej podstawowych praw człowieka, a nigdy więzienie o zaostrzonym rygorze prowadzone przez trzecie, autorytarne państwo. Warto tu wprost przypomnieć prawny punkt wyjścia, bo proimigracyjni rzecznicy mają skłonność do jego uporczywego, irytującego rozmywania. Powszechna Deklaracja Praw Człowieka gwarantuje prawo do opuszczenia każdego kraju i prawo do ubiegania się o azyl przed prześladowaniami; nie zawiera prawa do wjazdu do wybranego przez siebie kraju ani prawa chroniącego przed usunięciem po tym, jak zgodna z prawem procedura powiedziała “nie”. W zakresie, w jakim cokolwiek z tego jest w ogóle egzekwowalne, twarde granice prawa międzynarodowego, przede wszystkim zakaz odsyłania kogokolwiek tam, gdzie grożą mu prześladowania lub tortury, regulują, gdzie i jak usunięcie może się odbyć; nie czynią one samego usunięcia bezprawnym.
Zobowiązanie to obejmuje także osoby bez obywatelstwa i tu mój argument rozchodzi się z argumentem restrykcjonistów. Liberalna demokracja jest winna każdej osobie w postępowaniu o usunięcie poważną rozprawę, kompetentne tłumaczenie, rzetelne informacje o jej kraju pochodzenia, ochronę przed odesłaniem tam, gdzie grożą jej prześladowania, oraz traktowanie, które nigdy nie staje się poniżające. Ludźmi najbardziej zdradzonymi przez zatarcie różnicy między zgodnym z prawem usunięciem a arbitralną siłą są cudzoziemcy z mocnymi roszczeniami, których sprawy toną w systemie, któremu nikt nie ufa.
To, co z tego wynika dla polityki, zasługuje na osobny esej, a ja naszkicowałem już ogólną formułę w Reason: zdolność administracyjna, wiążące ograniczenie w Niemczech tak samo jak w Ameryce, zapewniająca szybszą ochronę tym, którzy się kwalifikują, i szybsze usunięcie w sprawach wyraźnie niekwalifikujących się, oraz egzekwowanie prawa na tyle przewidywalne, by reguły były odczuwalnie realne w codziennym życiu zarówno zwykłych obywateli, jak i cudzoziemców. Celem tego wszystkiego powinien być system deportacyjny, który jest wiarygodny, ograniczony i nudny.
Poważni proimigracyjni rzecznicy w dużej mierze już to wiedzą, cokolwiek sądzą o moim ujęciu. Plan odbudowy systemu azylowego American Immigration Council przyznaje, że nawet po wdrożeniu wszystkich jego reform osoby bez zasadnych roszczeń “nadal będą uznawane za niekwalifikujące się do ochrony i otrzymają nakaz deportacji”. A jak ujęła to przy premierze tego planu Dara Lind, której kronice amerykańskich porażek w egzekwowaniu prawa ufam bardziej niż niemal komukolwiek: “Problemem nie jest to, że zbyt wielu ludzi ubiega się o azyl. Problemem jest to, że Stany Zjednoczone nie zrobiły tego, co trzeba, by obsłużyć tych, którzy przyjeżdżają. To właśnie tworzy reakcję zwrotną”.
Ktokolwiek będzie rządził po Trumpie i którekolwiek koalicje głównego nurtu przetrwają w Europie, odziedziczy ten sam wybór: wziąć egzekwowanie prawa na siebie i uczynić je praworządnym albo dalej oddawać je ludziom, którzy czerpią z niego przyjemność. Reakcja zwrotna na metody tej administracji będzie kusić Demokratów, by definiowali się przez przeciwieństwo wszystkiego, co robi ICE, tak jak presja humanitarna kusi niemieckich urzędników, by zostawiać każdą teczkę nietkniętą. Oba odruchy wydają się humanitarne i oba wciąż produkują politykę, którą obecnie mamy.
Moja prośba do sceptycznych czytelników—zakładając, że wciąż tu jesteście—jest więc dość skromna. Chcę od proimigracyjnego obozu prostego przyznania, że w liberalnej demokracji z jakimikolwiek wartymi posiadania regułami imigracyjnymi liczba uzasadnionych deportacji nie wynosi zero. Nie chcę, byście po to kibicowali zamaskowanym agentom ani popierali czyjekolwiek cele deportacyjne. Ale gdy już powiemy na głos, że deportacje są prawomocne i potrzebne, będziemy mogli wreszcie spierać się o pytania, które mają znaczenie: ile, po jakiej procedurze i co robić, gdy usunięcie byłoby bezprawne. Liberalnej demokracji, która nie potrafi powiedzieć “nie”, nikt nie uwierzy, gdy powie “tak”.
Ogromne podziękowania dla Mike’a Riggsa i Jannika Reigla za pomocne uwagi do szkicu.
Własny szacunek ICE dotyczący średniego kosztu aresztowania, detencji i deportacji jednej osoby to około 17 000 dolarów, a niezależne szacunki uwzględniające dłuższą detencję są kilkakrotnie wyższe. Niemieckie czarterowe loty deportacyjne kosztowały rząd w 2023 roku ponad 30 milionów euro przy około 6500 deportowanych, czyli blisko 5000 euro na osobę za sam samolot, przy czym eskorty policyjne, detencja i reszta tej machiny rozliczane są osobno. ↩
Klasyczna libertariańska odpowiedź brzmi oczywiście: zatrzymać migrantów, a zamiast tego skurczyć państwo opiekuńcze, albo przynajmniej odgrodzić świadczenia od nowo przybyłych. To stanowisko jest wewnętrznie spójne, ale prawie nikt, kto zgadza się z libertarianami co do otwartych granic, nie zgadza się z nimi także co do kurczenia państwa opiekuńczego (poza innymi libertarianami), więc ten pakiet nie ma politycznych nabywców. ↩
Oczywiście osoba, która przegrywa, i tak płaci: lata zawieszenia są dla jednostki realną konsekwencją. Ale z perspektywy systemu imigracyjnego “nie”, którego nigdy się nie egzekwuje, niczego nie zmienia w kwestii tego, kto zostaje. ↩
A Charlotte wcale nie było najgorszym z tych wydarzeń. W styczniu agenci federalni zastrzelili dwoje obywateli amerykańskich protestujących przeciwko operacjom ICE w Minneapolis: Renee Good, 37-letnią matkę zastrzeloną w swoim samochodzie, i Alexa Prettiego, pielęgniarza z oddziału intensywnej terapii zastrzelonego podczas filmowania aresztowania. Administracja utrzymuje, że oba użycia broni były uzasadnioną samoobroną, podczas gdy urzędnicy stanowi i nagrania wideo mają tym wersjom przeczyć, a te śmierci wywołały masowe protesty i konfrontacje między stanami a władzami federalnymi, które rok wcześniej byłyby nie do pomyślenia. ↩
Department of Homeland Security twierdził, że populacja osób bez zezwolenia na pobyt spadła o 1,6 miliona w pierwszych sześciu miesiącach administracji, co sugerowałoby masową samodeportację, podczas gdy jego własne wewnętrzne rejestry wykazały około 13 000 samodzielnych wyjazdów obok mniej więcej 150 000 deportacji. Niezależni demografowie uważają, że rzeczywisty odpływ jest znaczny, ale dużo mniejszy od oficjalnych twierdzeń, a jakość danych jest na tyle zła, że Jeffrey Passel z Pew przestrzega w ogóle przed wyciąganiem wniosku o masowym exodusie. ↩
Jak zwykle Wielka Brytania zdołała połączyć wady obu światów. “Wrogie środowisko” Theresy May, zapoczątkowane w 2012 roku i wpisane w prawo przez Immigration Acts z 2014 i 2016 roku, doprowadziło do skandalu Windrush, w którym Home Office bezprawnie zatrzymywało i deportowało legalnych rezydentów z epoki Commonwealthu, a oficjalny przegląd znalazł niewiele dowodów na to, by ktokolwiek w ogóle mierzył, czy polityka ta osiąga swoje cele. ↩
