Przez krótką chwilę mniej więcej rok temu naprawdę wyglądało na to, że Bluesky może się sprawdzić. Badacze i lewicowo-centrowi intelektualiści napływali tłumnie, wymieniali się starter packami, składali na nowo coś, co przypominało nostalgiczny zjazd dawnego Twittera. Potem wszyscy już dotarli i środek nie wytrzymał. Okazuje się, że ludzie potrafią się nie zgadzać, nawet gdy wszyscy są po lewej stronie, i że bez silnych norm społecznych dotyczących wolności słowa i kultury dyskusji ludzie — w tym profesorowie uniwersyteccy o rzekomo wysokim IQ — pozostają plemienni i skorzy do nagonki. Tymczasem LinkedIn (tak, LinkedIn!) po cichu robił to, co miało robić Bluesky.1
Jak większość badaczy i publicznych intelektualistów, których znam, miałem od lat konto na LinkedIn, którego prawie nie używałem: akceptowałem od czasu do czasu zaproszenie do kontaktów, a poza tym ignorowałem platformę. W pewnym momencie zauważyłem, że ludzie naprawdę tam rozmawiają, często merytorycznie, w sposób, jakiego wcześniej oczekiwałem tylko po dawnym Twitterze. Tak więc od mniej więcej roku publikuję zasadniczo tę samą treść równolegle na Twitterze, Bluesky i LinkedIn. W tym momencie wzorzec jest na tyle spójny, że przypomina test A/B. Teksty odbierane jako proimigracyjne zbierają poklask na Bluesky i ciszę na X; teksty odbierane jako „antyimigracyjne” — odwrotnie. Teksty najbardziej zniuansowane nie zdobywają niczego na żadnej z platform. Ale LinkedIn był wyjątkiem.
Nietrudno określić w teorii, jak powinna wyglądać sprawnie funkcjonująca, publiczna dyskusja naukowa. Publikujesz coś nowego i informacyjnego, na czym ci zależy, na przykład dokument roboczy na temat istotny dla polityki publicznej. Ludzie, którzy uznają to za interesujące lub przydatne, mówią o tym i dodają niuanse. Ludzie, którzy się nie zgadzają, wyjaśniają dlaczego w sposób pełen szacunku i merytoryczny. Ludzie, których to nie interesuje, po prostu to ignorują. Nikt nie wyzywa cię od najgorszych, nie podważa twoich intencji ani nie zamienia technicznego sporu w oskarżenie niezwiązane z twoim argumentem. A jeśli ktoś to robi, jest w mniejszości i zostaje napiętnowany.
Te zasady kiedyś opisywały akademicki Twitter. Na Bluesky w większości się załamały. Bluesky zasadniczo zawiódł jako miejsce publicznej dyskusji naukowej, a co ważniejsze — jako kanał, przez który poważne badania docierają do decydentów, dziennikarzy i szerszej publiczności. Platformą, która po cichu przejęła tę funkcję, jest LinkedIn. Gdyby jutro wielu rozsądnych ludzi przeniosło się z Bluesky lub X na LinkedIn, albo przynajmniej zaczęło tam udostępniać swoje treści, internet naukowy stałby się lepszy, a wraz z nim cała reszta internetu.2
Do czego właściwie służyła przestrzeń publiczna
Publiczna działalność naukowa pełniła w mediach społecznościowych prostą funkcję przez większość ostatniej dekady. Była tanim kanałem od badań do polityki publicznej, do dziennikarstwa i do czytelników. Dawny Twitter wykonywał tę pracę nierówno, ale na dużą skalę, dzięki słynnemu kanałowi „od postu do polityki”, jak trafnie ujął to Daniel Golliher. To tam asystent kongresmena natykał się na wątek politologa i zamieniał go w briefing, tam dowiadywałeś się o dokumencie roboczym, zanim został opublikowany, tam spór o to, czy dany eksperyment z randomizacją zidentyfikował właściwą rzecz, toczył się na żywo przed publicznością, która częściowo to rozumiała, a częściowo po prostu chłonęła normy tego, jak rozmawiają poważni badacze.
Kiedy Elon Musk kupił Twittera i przemianował go na X, kanał się zepsuł: algorytm stał się bardziej chaotyczny, linki zewnętrzne były wyciszane, mnożył się spam i bełkot łowców komentarzy, a monetyzacja niebieskich znaczków stworzyła nową gospodarkę kont żerujących na wściekłości. Nowy reżim rzeczywiście poluzował niektóre ograniczenia dawnego Twittera dotyczące heterodoksyjnych stanowisk w sprawach zdrowia publicznego, płci i rasy, i dla mniejszości badaczy zajmujących się tymi tematami pomuskowski X jest faktycznie bardziej wolny niż jego poprzednik. Ale efekt netto był na ogół negatywny i znaczna część badaczy społecznych, autorów z think tanków i lewicowo-centrowych dziennikarzy przeniosła się na Bluesky w latach 2024–2025.
Dlaczego Bluesky zawiódł
W skrócie: większość tego, co dawniej zrzucano na karb algorytmu Twittera, okazała się problemami z użytkownikami i normami. Bluesky usunął maksymalizujące zaangażowanie wzmacnianie, ale przez agresywną autoselekcję podczas migracji w epoce Muska zachował lewicowo-centrową bazę użytkowników nieproporcjonalnie zaangażowaną w policzkowanie wypowiedzi i niechętną do traktowania ideologicznego odstępstwa jako czegokolwiek innego niż moralnej porażki. Przewidywalnym skutkiem jest to, że każdy post dotykający upolitycznionego tematu (migracja, AI, dysproporcje rasowe albo cokolwiek upolityczni się następne) ściąga raczej napastliwość niż argumenty. Dla większości badaczy przez większość czasu racjonalną reakcją jest mówić mniej, a nie więcej, a efekt odstraszający skaluje się szybciej niż sama dyskusja.
Nie narzekają na to tylko ludzie z prawicy. Jak Max Read argumentuje z perspektywy centrolewicy, normy dyskursywne Bluesky są niemal zaprojektowane tak, by odpychać osoby z zewnątrz. Nate Silver również argumentuje, że Bluesky funkcjonuje mniej jako ruch polityczny, a bardziej jako plemienna przynależność o wąskim profilu demograficznym; a Noah Smith zauważa, że progresywni komentatorzy na Bluesky, straciwszy swoją mainstreamową publiczność, sporą część energii poświęcają teraz na wzajemne kasowanie się.
Często doświadczałem tego wszystkiego z pierwszej ręki: akademicy odpowiadają nawet na moje mniej kontrowersyjne posty na Bluesky e-mailem, bo nie chcą ryzykować nagonki za wypowiedzenie czegokolwiek publicznie. Liczby potwierdzają tę diagnozę: Bluesky osiągnął szczyt na poziomie około 40 milionów zarejestrowanych użytkowników pod koniec 2025 roku. Sondaż Pew z 2025 roku wykazał, że zaledwie 4 procent dorosłych Amerykanów kiedykolwiek wypróbowało Bluesky.
Dlaczego LinkedIn
LinkedIn nie jest platformą doskonałą i za chwilę dojdę do jej wad, ale argument za nią opiera się na kilku rzeczach, które po cichu stały się rozstrzygające dla każdego, kto prowadzi publiczną działalność naukową.
Skala i zasięg. LinkedIn podaje 1,2 miliarda zarejestrowanych użytkowników na świecie, czyli mniej więcej 30 razy więcej niż cała baza użytkowników Bluesky i o rzędy wielkości więcej niż jego liczba użytkowników aktywnych dziennie. Rozsądny sceptyk zapyta, dlaczego liczba kont miałaby przekładać się na rzeczywisty zasięg, skoro posiadanie profilu to nie to samo co czytanie kanału. Odpowiadają na to dwie rzeczy. Po pierwsze, algorytm LinkedIn wyraźnie wypycha posty z wczesnym zaangażowaniem dalej, do twoich kontaktów drugiego i trzeciego stopnia, do obserwujących odpowiednie tematy i hashtagi oraz do specjalistów z tej samej branży, niezależnie od tego, czy obserwują cię bezpośrednio. Mocny post na LinkedIn dociera do nieznajomych w sposób, w jaki post na Bluesky po prostu nie potrafi.
Trzeba dodać, że zaangażowanie na LinkedIn jest notorycznie trudne do zmierzenia z zewnątrz, ponieważ LinkedIn zamknął swoje publiczne API w 2015 roku i ogranicza dane analityczne do zatwierdzonych partnerów Marketing Developer Platform, co jest jednym z powodów, dla których migracja dyskusji okołonaukowej na LinkedIn pozostała w dużej mierze niewidoczna dla badaczy, którzy spodziewają się mierzyć platformy tak, jak mierzyli Twittera.
Skład odbiorców. Potraktuj LinkedIn jako swego rodzaju Szwajcarię internetu: ludzie o wyższym statusie z różnych obozów pojawiają się pod prawdziwymi nazwiskami i wchodzą ze sobą w interakcje, bo zawodowy koszt złego zachowania jest realny. To także punkt, którego większość badaczy nie w pełni przyswoiła — co mogę potwierdzić — i który wyjaśnia pozorny paradoks LinkedIn jako dominującej platformy dyskusji okołonaukowej, choć większość badaczy tego nie zauważa. Bluesky jest pełen innych badaczy, dziennikarzy, którzy o nich piszą, oraz aktywistów.
Ludzie na LinkedIn to ludzie, do których powinniśmy starać się dotrzeć: decydenci, asystenci kongresmenów, urzędnicy, analitycy branżowi, dyrektorzy programów fundacji oraz dziennikarze mediów dla szerokiego odbiorcy. Sondaż Avoq z 2025 roku wśród waszyngtońskich znawców polityki wykazał, że z LinkedIn korzysta 81 procent demokratów, 84 procent republikanów i 78 procent respondentów związanych z MAGA. Dobre, reprezentatywne dane o LinkedIn w porównaniu z innymi platformami są notorycznie trudne do zdobycia, ale wygląda to na ponadpartyjny zasięg, któremu żadna inna platforma nawet się nie zbliża. Badacze nie zauważyli tej zmiany, bo ludzie czytający ich posty na LinkedIn to nie ci, z którymi spędzają czas w sieci; to ci, do których ich praca ma docierać.
Format sprzyja treści. Format LinkedIn (dłuższe posty, prawdziwe nazwiska powiązane z prawdziwymi karierami, mniej zgryźliwy domyślny rejestr) wykonuje sporą część pracy cywilizowania dyskusji bez potrzeby intensywnej moderacji, bo gdy autor jest widocznie odpowiedzialny przed pracodawcą i swoją zawodową reputacją, ton przeciętnego komentarza odpowiednio się zmienia, a cytowanie w złej wierze tylko po to, by kogoś pogrążyć, staje się rzadsze. Nie ma tu też kont anonimowych i niemal nie ma podszczypywania spod stołu; przeciętny post czyta się bardziej jak notatkę służbową niż gorący komentarz.
Ludzie wciąż mogą się z tobą nie zgadzać lub ostro cię krytykować, jeśli opublikujesz coś prowokacyjnego, ale dużo rzadziej zrobią to bezmyślnie lub w słusznym uniesieniu. Pod pewnymi względami LinkedIn przypomina konferencję naukową: ludzie są uprzejmi, czasem aż za mili, i nie zawsze skłonni otwarcie skrytykować kolegę. Ta konferencyjna uprzejmość potrafi zatuszować prawdziwe różnice zdań, ale jest dużo lepszym trybem porażki niż ataki ad personam i nagonki.
Dyskusja, która faktycznie pogłębia zrozumienie. Najwyraźniejszym dowodem na to wszystko jest moje własne doświadczenie z publikowaniem na wielu platformach. Często udostępniałem ten sam tekst, w tym te bardziej kontrowersyjne, jednocześnie na Bluesky, X i LinkedIn, a wzorzec był uderzająco spójny. Na Bluesky reakcją jest zazwyczaj albo cisza, albo niewielka nagonka, gdy tekst podważa panujący konsensus, a merytoryczne zaangażowanie jest rzadkie. Na X reakcje to mieszanka prawdziwego zaangażowania i zwykłej dawki bełkotu, robienia zrzutów ekranu w złej wierze i łowców komentarzy.
Na LinkedIn krytyka, którą otrzymuję, jest zarazem najbardziej kulturalna i najbardziej owocna: imienni profesjonaliści, którzy faktycznie zajmują się danym tematem, często z perspektyw, których nie podzielam, i którzy piszą wieloakapitowe odpowiedzi mierzące się z argumentem, zamiast odgrywać oburzenie z jego powodu. Dotyczy to nawet tekstów i komentarzy, po których spodziewałem się największej wrogości, bo ludzie nie zgadzający się pod własnym nazwiskiem, z pracodawcą zaglądającym im przez ramię, mają silne bodźce, by zachować rozsądek.
Nie, LinkedIn nadal nie jest doskonały
Pragmatyczny argument za LinkedIn musi być szczery co do tego, co platforma robi słabo. Widziałem, jak anonimowe konta na X narzekają, że LinkedIn od jakiegoś czasu po cichu wycisza linki do publikacji o prawicowym zabarwieniu. Nie udało mi się tego zweryfikować, ale jeśli piszesz z pozycji prawicy albo wiele twoich źródeł to media, które filtry LinkedIn traktują jako niskiej jakości, twój zasięg może być ograniczany w sposób nieprzejrzysty. Nawet jeśli to prawda, dla lewicującego badacza piszącego o migracji lub AI nie ma to znaczenia, podczas gdy dla badacza centroprawicowego piszącego o tych samych tematach ideologiczne środowisko Bluesky jest bardziej wrogie, a algorytm LinkedIn również nie jest neutralny.
Interfejs jest też naprawdę toporny. Edytor jest niewygodny, wątkowanie przeciętne, wyszukiwarka kiepska, a podstawowe funkcje, które X i Bluesky mają od ręki, są albo nieobecne, albo ukryte. To słuszne zastrzeżenie, ale jest to też zastrzeżenie, na które przychodzi odpowiedź w miarę, jak rośnie baza użytkowników nastawionych na poważną dyskusję: im więcej znanych intelektualistów pojawia się, oczekując prawdziwej przestrzeni publicznej, tym większa presja na LinkedIn, by zbudował potrzebne im narzędzia (do ciebie mówię, Glenie Weylu).
I owszem, LinkedIn ma swój żenujący repertuar: generowane przez AI inspirujące posty, listy wypunktowane z trzema emoji, fałszywie skromne przechwałki o tym, jak pokorną lekcją było zaproszenie do wystąpienia gdzieś, generowane przez AI streszczenia artykułów, których autor ewidentnie nie przeczytał. Nic z tego nie sprawia przyjemności, ale łatwo to przefiltrować, a koszt ignorowania tego bełkotu jest niski w porównaniu z kosztem pozostania na platformie, która aktywnie karze za merytoryczne zaangażowanie.3
Pomóż zbudować most
Każdy rozsądny badacz, który przenosi się na LinkedIn, zabiera ze sobą jeden więcej wartościowy głos. Próg przełomu prawdopodobnie nie jest wysoki: kilkuset widocznych badaczy przenoszących swoją podstawową publiczną działalność na LinkedIn — co wielu już po cichu robi — przesunęłoby środek ciężkości na tyle, by migracja stała się samonapędzająca.
Jeśli masz wątpliwości, nie musisz porzucać Bluesky (ani zresztą X) z dnia na dzień. Po prostu zacznij przez kilka miesięcy publikować to, co normalnie byś tam napisał, również na LinkedIn, i obserwuj różnicę w tym, kto pojawia się w twoich odpowiedziach. Wejście jest bezbolesne: opublikuj krótkie streszczenie lub fragment swojego najnowszego tekstu wraz z linkiem, oznacz kilka osób, których pracy tekst rzeczywiście dotyczy, i zobacz, co wróci w ciągu tygodnia czy dwóch. Na podstawie dwóch lat robienia dokładnie tego stawiam, że wersja z LinkedIn przyciągnie merytoryczne zaangażowanie osób, których opinie naprawdę liczą się dla twojej pracy, podczas gdy wersja z Bluesky rozpłynie się w ciszy lub niewielkiej nagonce, gdy choćby odrobinę podważysz panujący konsensus. Nie będziesz potrzebował kolejnego eseju, by się przekonać.
Jestem na LinkedIn tutaj. Obserwuj mnie, publikuj swoje badania i teksty i pozwól publiczności zadecydować. Przestrzeń publiczna powstaje tam, gdzie poważni ludzie postanawiają się pojawić. W tej chwili tym miejscem jest LinkedIn.
Większość tego, co powiem tu o LinkedIn, odnosi się także do Substack Notes, ale pisanie posta na Substacku o tym, jaki Substack jest świetny, byłoby zarazem próżne i nieskuteczne. Dlatego ten tekst jest na LinkedIn. Dla czytelników nieobeznanych: Substack ma wbudowane funkcje społecznościowe (Notes, restacki, publikowanie krzyżowe), które działają podobnie do mikroblogowania. Są niedoceniane przez autorów idących pod prąd obiegowych mądrości lewicy czy prawicy; dla wszystkich pozostałych, którzy szukają faktycznego zasięgu, LinkedIn jest po prostu większy. ↩
Powinienem otwarcie przyznać, że ten tekst jest po części motywowany moim własnym doświadczeniem. Staram się nie kierować emocjami, ale najlepszy moment, by zabiegać o zmianę, jest właśnie wtedy, gdy argumenty merytoryczne zbiegają się z powodem, by się tym przejmować. Coś przydarzyło mi się ostatnio na Bluesky, co sugeruje, że inni badacze podzielają te frustracje. Ci ludzie zostali na platformie, bo wciąż mogą prowadzić owocne rozmowy w wąskim technicznym zakątku, ale prawdopodobnie nie doceniają, jak bardzo platforma już się zamknęła. ↩
Narzekanie na AI-owy bełkot jest też przeceniane. Jak zauważa Stefan Schubert, ludzie, którzy twierdzą, że ich kanał jest nim zalany, powinni prawdopodobnie zrewidować swoje kanały. ↩
