Dobrze, drodzy czytelnicy, powiem szczerze. Żeby było jasne, ja również jestem amerykańskim nacjonalistą. Nie tylko patriotą w tym sensie, że jestem dumny z Ameryki, ale właśnie nacjonalistą. I dzisiaj wreszcie coś z tym robię.
Mówiąc “nacjonalista”, mam na myśli to, że my, obywatele amerykańscy, jesteśmy jednym wyjątkowym narodem, że ci, którzy rządzą, i ci, którymi się rządzi, powinni należeć do tej samej wspólnoty, oraz że rząd amerykański powinien służyć wspólnym interesom tej wspólnoty. Kiedy trzeba, powinien przedkładać te interesy zarówno nad węższe interesy wewnętrzne, jak i nad interesy zagraniczne. Tak, zwłaszcza jako imigrant uważam też, że Ameryka przewyższa1 inne kraje pod tymi względami, które najbardziej liczą się dla postępu ludzkości. I tak, mogę wierzyć w to wszystko, a mimo to cenić ludzi wszędzie, niezależnie od ich pochodzenia.
Ale na długo zanim zostałem nacjonalistą i zacząłem pisać o polityce imigracyjnej, pisałem o globalizacji i kosmopolityzmie. W mojej pracy licencjackiej, pisanej pod kierunkiem nieżyjącego już Ronalda Ingleharta, znanego z koncepcji wartości postmaterialistycznych, próbowałem zmierzyć, ilu ludzi postrzega siebie jako obywateli świata i dlaczego ponadnarodowe tożsamości różnią się między krajami. Byłem wtedy dostatecznie młody i naiwny, a przy tym mieszkałem w Europie, żeby sądzić, że przyszłość może być kosmopolityczna (a nawet europejska). Byłem też na tyle zapalony, by przekuć tę nadzieję w zbiór danych mający dowieść, że globalizacja jest dobra i nieunikniona.
To stanowisko wciąż ma dla mnie pewien sens moralny. Wszyscy ludzie należą do jednej rodziny albo przynajmniej są sobie na tyle bliscy, że każdy przyzwoity człowiek, niezależnie od swoich przekonań religijnych, powinien odczuwać siłę tej myśli. Granice pod wieloma względami są moralnie arbitralne, a przypadek miejsca urodzenia pozostaje największym wyznacznikiem szans życiowych na świecie, bardziej niż rasa, płeć czy cokolwiek innego. Znaczna część mojej pracy o imigracji wciąż zaczyna się od tego dyskomfortu oraz od faktu, że imigracja daje ludziom możliwość ucieczki od tej niefortunnej rzeczywistości i wniesienia wkładu w ten świat.
A jednak im więcej badałem opinię publiczną i politykę demokratyczną, tym trudniej było mi wierzyć, że kosmopolityzm (podobnie jak socjalizm) mógłby dokonać tego, czego pragnęli jego wielbiciele. To prawda, że utożsamianie się z ludzkością jako całością może i zapewne powinno kierować moralną refleksją niektórych osób sprawujących władzę. Ale nikt jeszcze nie wykorzystał tego, by zbudować trwałą wspólnotę demokratyczną, państwo opiekuńcze, publiczny system szkolnictwa czy prawomocny i sprawny rząd, który zwykli ludzie odczuwaliby jako własny. Ostatecznie większość polityki wciąż przebiega przez kraje, czy nam się to podoba, czy nie.
Właśnie dlatego stopniowo stawałem się bardziej przychylny idei nacjonalizmu, a przynajmniej amerykańskiemu nacjonalizmowi w wydaniu klasyczno-liberalnym, i to zdecydowanie bardziej, niż spodziewałby się mój młodszy ja. Oczywiście wiemy również, że nacjonalizm, jak wszystko w dużych dawkach, może być niebezpieczny i łatwo poddaje się nadużyciom. Ale nacjonalizm jest też polityczną formą, w której faktycznie zbudowano nowoczesną demokrację i równe obywatelstwo. Więcej nawet, liberalny nacjonalizm jest prawdopodobnie najbardziej inkluzywną tożsamością polityczną, która działa na dużą skalę w obecnych czasach.
A co do tego, co wreszcie z tym robię: pojawia się to na końcu eseju, gdzie ten newsletter staje się większym projektem, a wy otrzymujecie zaproszenie, by stać się jego częścią. Ale mój wywód o zaletach amerykańskiego nacjonalizmu jest najpierw, ponieważ zaproszenie od niego zależy.
Czym jest nacjonalizm i co potrafi
Wielu ludzi, których szanuję, wciąż odrzuci tę etykietę, a nawet samą ideę. Alex Nowrasteh i Ilya Somin na przykład stanowczo przedstawili argumenty przeciwko nacjonalizmowi i mają ku temu dobre powody. Jeśli nacjonalizm oznacza etniczną hierarchię, przymusową jednolitość kulturową, protekcjonizm handlowy albo państwo uprawnione do decydowania, kto liczy się jako “prawdziwy” Amerykanin, to ja też się mu sprzeciwiam.
Jeśli chcecie, możecie nazwać te dobre elementy liberalizmem, patriotyzmem albo równym obywatelstwem. Ale o wiele mniej zależy mi na etykiecie niż na ideach, które za nią stoją. Alex twierdził również, że amerykańska tożsamość opiera się na szerokim credo, a nie na religii czy pochodzeniu. To właściwie to samo, co ja i wielu innych rozumiemy przez amerykański liberalny nacjonalizm, czy podoba wam się ta etykieta, czy nie.
Zapomnijcie więc o marnych obronach nacjonalizmu ze strony samozwańczych białych nacjonalistów, prawicowych populistów czy podających się za filozofów podwójnych obywateli z oczywistymi agendami w polityce zagranicznej. Moje ulubione ujęcie nacjonalizmu, zarówno pojęciowe, jak i empiryczne, pochodzi od Andreasa Wimmera, ponieważ wychodzi ono od nacjonalizmu jako zasady legitymizacji politycznej. Państwo narodowe dostarczyło ideologicznej podstawy dla demokracji i zapewniania dóbr publicznych, ponieważ instytucje te można było uzasadnić w imię ludu równych obywateli, spajanego wspólnym celem i wzajemnym zobowiązaniem.
Yael Tamir, której prace należą do najbardziej znanych liberalnych obron nacjonalizmu, formułuje pokrewną myśl w bardziej osobistym rejestrze. Ludzie potrzebują sensu i ciągłości obok wolności i szans. Liberalizm dostarcza praw i swobód, podczas gdy nacjonalizm dostarcza przynależności i zobowiązania. Dobre, udane społeczeństwo potrzebuje obu.
To jest też dokładnie ta część nacjonalizmu, którą wielu moich kosmopolitycznych i libertariańskich przyjaciół nie docenia. Państwo opiekuńcze, albo, jeśli jesteście sceptyczni, zdolność państwa w szerszym sensie, nie funkcjonuje wyłącznie dzięki uniwersalnej życzliwości ani samym mechanizmom rynkowym. Szkoły publiczne i inne usługi cieszą się poparciem, ponieważ ludzie postrzegają innych obywateli jako część wspólnego projektu. Ten rodzaj solidarności jest niedoskonały i moralnie stronniczy, ale jest też sposobem, w jaki hojność na wielką skalę zazwyczaj staje się politycznie trwała.
Moje własne badania empiryczne popchnęły mnie w tym samym kierunku, choć z innej strony. W mojej pracy doktorskiej, a później w In Our Interest, pokazuję, że większości wyborców bliżej jest do tego, co nazwałem nacjonalistami altruistycznymi, niż do czystego, egoistycznego homo economicus czy pryncypialnych humanitarystów. Naprawdę zależy im na innych, ale oceniając politykę, w pierwszej kolejności ważą dobro rodaków.
Z większości innych badań wiemy, że ludzie są dość skłonni do grupowania się. Ale nawet mnie zaskoczyło, jak wyraźne było to w danych. Zarówno w brytyjskich, jak i amerykańskich badaniach, które przeprowadziłem z motywowaną finansowo grą wyboru celu dobroczynnego, jedynie 10 procent respondentów zdecydowało się przekazać pieniądze organizacjom globalnym zamiast krajowym albo własnej kieszeni. Co ważne, dotyczyło to również lewicowych wyborców, często niesłusznie oskarżanych o kosmopolityzm.
To brzmi ograniczająco, jeśli pragnie się uniwersalnej solidarności, ale pomaga wyjaśnić, dlaczego polityka demokratyczna w ogóle działa. Współpraca międzynarodowa jest niezbędna, ale żadna globalna organizacja nie może wzbudzić demokratycznej legitymizacji ani powszechnej lojalności. Państwo narodowe pozostaje głównym miejscem, w którym zbiegają się demokratyczna odpowiedzialność i publiczne zaufanie. Muszę oczywiście uczciwie przyznać, że dla niektórych z nas jest to kompromis: polityka oparta na solidarności narodowej zawsze zrobi mniej dla najuboższych na świecie, niż na papierze obiecuje czysty kosmopolityzm. Ale obietnica, która nie przetrwa wyborów, daje jeszcze mniej.
Dedykacja mojej książki (“Dla miłości do ojczyzny i analizy kosztów i korzyści”) nie była żadnym żartem dla wtajemniczonych. Miłość do ojczyzny daje polityce demokratycznej znaczną część jej moralnej energii. Analiza kosztów i korzyści powstrzymuje tę miłość przed przerodzeniem się w pusty sentyment albo destrukcyjny odruch, co tak często widzimy na całym świecie.
Piękno amerykańskiego nacjonalizmu
Amerykański eksperyment ma niebawem skończyć 250 lat. To długi bieg jak na republikę konstytucyjną zbudowaną na wielokrotnym rozszerzaniu obywatelstwa na cały kontynent. I to wszystko jest piękne.
Niektórzy czytelnicy skrzywią się na to zdanie. Ale flaga, przysięga, Deklaracja i uparta idea, że ludzie zewsząd mogą stać się częścią jednego politycznego narodu, nie są pustymi słowami i rytuałami. Są częścią tego, co umożliwiło moje własne amerykańskie życie i sukces. I nie wstydzę się tego powiedzieć. I ty też nie powinieneś, drogi czytelniku.
Polityki, które proszą ludzi, by ufali sobie nawzajem, ponosili wyrzeczenia i czekali na wyniki, potrzebują wspólnego my za sobą. Noah Smith niedawno przekonywał, że Ameryka potrzebuje powrotu liberalnego nacjonalizmu. Myślę, że ma rację, ponieważ bardziej realistyczny wybór jest między lepszymi a gorszymi formami nacjonalizmu: liberalnym nacjonalizmem, który traktuje przybyszów i mniejszości jako potencjalnych współautorów projektu narodowego, albo węższym nacjonalizmem, który traktuje ich jako trwałe zagrożenia. Kraj bez wspólnej narodowej opowieści zwykle staje się bardziej rozdrobniony i podatny na jeszcze węższe formy polityki tożsamości i konfliktu.
Wersja amerykańska ma konkretnie niezwykłą obietnicę. Stany Zjednoczone nie są jedynym narodem obywatelskim i nie zawsze dorastają do własnych zasad. Mimo to, jako imigrant, który mieszkał w kilku krajach, trudno mi uniknąć emocjonalnego wniosku, że nie ma lepszego kraju dla ludzkiego życia i postępu.
Tak, amerykańskie instytucje czasem funkcjonują źle. Nasz system imigracyjny wymaga poważnej reformy, polityka mieszkaniowa zawodzi w wielu miejscach, a kraj regularnie utrudnia sobie korzystanie z własnych atutów. Te niedostatki warto naprawiać właśnie dlatego, że pozbawiają Amerykanów szans, które kraj już oferuje. Ale nigdy nie lekceważcie, jak wiele działa: Ameryka wciąż ma rozmiar, rynki i, co bardziej niezwykłe, tożsamość narodową, którą niemal każdy może przyjąć za swoją. To są wszystkie właściwe składniki odnowy.
To jeden z powodów, dla których amerykańskie debaty o postępie mają tyle siły. Amerykanie oczekują, że kraj będzie rozwiązywał problemy i stawał się lepszy. W wielu miejscach, w których mieszkałem, niepowodzenie w budowaniu wystarczającej liczby mieszkań albo choćby w zapewnieniu, że ludzie nie umierają z powodu upałów, potrafi sprawiać wrażenie zwykłego upadku. Tutaj sprawia wrażenie zniewagi wobec obietnicy kraju. Przydatne jest tu rozróżnienie na postęp i obfitość autorstwa Jasona Crawforda: obfitość zaczyna się od ułatwiania budowania, podczas gdy postęp zależy też od kultury i ambicji. Lepszy liberalny nacjonalizm potrafi przyznać się do wykluczenia i złamanych obietnic, a mimo to obstawać przy tym, że amerykański projekt jest wart walki. Ta lepsza wersja bynajmniej nie jest oczywista, ale wciąż jest dostępna, jeśli wybierzemy ją wspólnie.2
Imigracja potrzebuje nacjonalizmu, a nacjonalizm potrzebuje imigracji
To prowadzi mnie z powrotem do argumentu, od którego zaczął się Popular by Design. Pierwotny manifest obiecywał pisanie o politykach imigracyjnych, które działają: politykach opartych na dowodach, wykazalnie korzystnych i zbudowanych tak, by zdobyć poparcie społeczne. Kilka lat wcześniej, w jednym z pierwszych publicznych esejów, w których przedstawiłem argument, który stał się moją książką, przekonywałem, że polityka imigracyjna potrzebuje więcej oświeconego nacjonalizmu. Ale teraz widzę, że ten argument działa w obie strony.
Imigracja potrzebuje nacjonalizmu, ponieważ wyborcy muszą dostrzegać korzyść narodową. Większość wyborców nie poprze swobodniejszej imigracji dlatego, że ekonomiści mówią im, że zwiększa ona globalny dobrobyt, albo dlatego, że aktywiści mówią im, że granice są moralnie arbitralne. Popierają imigrację, kiedy widzą, jak służy ona krajowi, do którego należą: zaspokajając realne potrzeby rynku pracy, wzmacniając uczelnie, łącząc rodziny na zasadach, którym ufają, i czyniąc kraj bardziej dynamicznym.3 Proimigracyjna polityka, która brzmi, jakby wstydziła się interesu narodowego, często zawodzi, ponieważ prosi wyborców, by traktowali swoje przywiązanie do rodaków jako moralną wadę. Trwalsza proimigracyjna polityka wychodzi od faktu, że wyborcom zależy na ich kraju, a następnie pokazuje, jak lepsza polityka imigracyjna może służyć ich krajowi.
Ale nacjonalizm również potrzebuje imigracji, ponieważ liberalny naród, który przestaje przyjmować nowych członków, powoli staje się mniej liberalny. Członkostwo zaczyna wyglądać jak pochodzenie. Im bardziej kraj traktuje wspólnotę narodową jako zamkniętą, tym bardziej jego credo staje się ozdobne. Szczególnie Ameryka nie może bronić tożsamości obywatelskiej, traktując zarazem przybyszów jak zanieczyszczenie.
Kilka dni przed 250. urodzinami kraju Sąd Najwyższy potwierdził obywatelstwo z tytułu urodzenia, odrzucając ideę, że dziecku urodzonemu na amerykańskiej ziemi można by odmówić przynależności ze względu na status imigracyjny jego rodziców. Rzeczywiście, pewny siebie naród może pozwolić sobie na hojność, ponieważ spodziewa się, że wchłonie przybyszów i dzięki nim się ulepszy, podczas gdy naród pełen niepokoju traktuje każde przybycie jak referendum w sprawie własnego przetrwania. Absolutnie możemy i powinniśmy decydować, kto może do nas dołączyć i na jakich warunkach.4 Ale zwrot “naród imigrantów” jest czymś więcej niż sentymentalnym hasłem. To teoria narodowej siły.
Ta sama logika dotyczy innych ważnych spraw
Imigracja jest dla mnie najwyraźniejszym przypadkiem. Głębsza zasada głosi, że dobra polityka musi być zaprojektowana dla niedoskonale poinformowanych ludzi, którym zależy na ich wspólnotach i którzy oceniają politykę po widocznych skutkach. Interes narodowy jest często pomostem między merytoryczną wartością a demokratyczną legitymizacją. Ludzie muszą zobaczyć, jak dana polityka czyni ich kraj bardziej sprawnym, bardziej zamożnym, bardziej godnym zaufania albo bardziej otwartym na ludzi, którzy mogą do niego dołączyć i go wzmocnić.
Mieszkalnictwo, nie wspominając o nowo kontrowersyjnych kwestiach ogrzewania i chłodzenia, to kolejny przydatny przykład. Przez długi czas wielu zwolenników nowego budownictwa opisywało opór jako wytwór egoistycznych właścicieli domów albo wykluczającego rasizmu. Ale polityka mieszkaniowa przebiega też przez wyobrażenia ludzi o wspólnocie, estetyce i o tym, czy zmiana uczyni miejsce, w którym mieszkają, lepszym czy gorszym. Matthew Yglesias i Jerusalem Demsas szczególnie dobrze pokazali, jak lokalne punkty weta zamieniają zwykłe potrzeby rodzin w ogólnokrajowy problem mieszkaniowy. W tym kierunku wskazują też niedawne prace o symbolicznej polityce mieszkalnictwa i socjotropowych sądach estetycznych. Jeśli ludzie potrafią dostrzec we wzroście budownictwa poprawę swoich wspólnot, polityka może się zmienić.
Sztuczna inteligencja to kolejny przypadek, w którym publiczna dyskusja jest już zbyt uproszczona. Do debat o AI trafiłem niemal przypadkiem, po tym jak zacząłem używać tych narzędzi we własnych badaniach, i odkryłem historię bardziej zawiłą, niż dopuszcza to zarówno panika, jak i akceleracjonizm. Dan Williams przedstawił ciekawy argument, że duże modele językowe mogą przesuwać opinię publiczną w stronę informacji bardziej zgodnych ze zdaniem ekspertów, częściowo odwracając fragmentację mediów społecznościowych. Przydatne jest tu podejście do polityki wobec AI autorstwa Deana W. Balla, ponieważ traktuje on poważnie transformacyjne możliwości, zachowując przy tym wysoki próg dla twierdzeń politycznych formułowanych w warunkach niepewności. Jestem mniej pewny niż każdy z nich, ale dobra polityka wobec AI będzie wymagała instytucji i społeczeństw zdolnych do decydowania, co należy przyspieszać, a co ograniczać, zwłaszcza gdy ważymy bardziej doniosłe aspekty AI, takie jak zaburzenia na rynku pracy, dostosowanie do ludzkich wartości i katastrofalne nadużycia.
Spadek liczby ludności to trzeci przypadek i prawdopodobnie jeden z największych problemów stojących obecnie przed ludzkością, obok AI. Dean Spears i Michael Geruso w After the Spike przekonują, że przyszłym wyzwaniem może być zbyt mała liczba ludzi, by podtrzymać postęp, którego potrzebuje Ameryka i świat. Mniej ludzi oznacza mniej pracowników, mniej opiekunów, mniej pomysłów i mniej okazji do szczęśliwych przypadków, które napędzają postęp.
Sama imigracja nie rozwiąże globalnego spadku dzietności. Mimo mojej słabości do mieszkaniowych teorii wszystkiego, reforma prawa budowlanego również nie rozwiąże go w pojedynkę. AI mogłoby zrównoważyć część niedoboru siły roboczej i pomóc ludziom robić więcej mniejszym nakładem, ale kraj, który traktuje dzieci i przynależność narodową jako sprawy drugorzędne, nie powinien liczyć na to, że roboty ocalą go przed demograficznym i instytucjonalnym upadkiem. Wszystkie te pytania prowadzą z powrotem do tego samego faktu politycznego: postęp zależy od ludzi, którzy ufają sobie nawzajem na tyle, by wspólnie budować, dostosowywać się, przyjmować innych i podejmować ryzyko.
Czemu służy Popular by Design: nowy rozdział
Kiedy uruchamiałem Popular by Design, opisałem go jako newsletter o politykach imigracyjnych, które działają. Prawie rok później to nadal prawda. Imigracja i opinia publiczna pozostaną w centrum, ponieważ to tematy, które znam najlepiej, i ponieważ imigracja jest najlepszym sprawdzianem szerszej idei.
Ale ta szersza idea była tam od początku. Dobra polityka musi działać zarówno merytorycznie, jak i politycznie. Musi uwzględniać kompromisy, ograniczone informacje, przywiązanie grupowe, bodźce instytucjonalne oraz fakt, że wyborcy często oceniają polityki po tym, czy korzyści są widoczne dla ludzi takich jak oni.
W nadchodzącym roku chcę, by Popular by Design dalej stawiał ten argument w szerszym zbiorze przypadków, nie stając się przy tym ogólnym newsletterem o polityce. Centrum pozostaną migracja, opinia publiczna i projektowanie polityk publicznych. Wokół tego centrum chcę pisać więcej o zmianach demograficznych, AI, mieszkalnictwie i innych obszarach, w których postęp zależy od przekładania dobrych pomysłów na polityki, które zwykli ludzie potrafią zrozumieć i poprzeć. Za kulisami ten newsletter staje się też publicznym obliczem laboratorium badawczego, które zakładam na University of Notre Dame. Więcej na ten temat wkrótce.
Jeśli Popular by Design dobrze wykonuje swoje zadanie, czytelnicy powinni wynieść z niego lepszą mapę polityki: gdzie wyborcy są mądrzejsi, niż sądzą elity, gdzie wyborcy się mylą, gdzie eksperci są przydatni i gdzie projektowanie polityk potrafi zmienić bodźce tak, by dobre pomysły przetrwały zderzenie z demokratyczną zgodą. Liberalny nacjonalizm pasuje do tego projektu, ponieważ pozwala nam być ambitnymi bez udawania, że polityka może unosić się ponad przynależnością, zaufaniem i krajem.
Dlatego dzisiaj włączam płatne członkostwa w Popular by Design. Tak jak obiecałem, każdy esej i wszelkie inne treści merytoryczne zawsze pozostaną darmowe. To jest kluczowe dla projektu, ponieważ chodzi o wpływanie na debatę publiczną, a nie o ukrywanie głównego argumentu przed ludźmi, których na to nie stać.
Do tej pory powinniście mieć jaśniejsze pojęcie o tym, co próbuję tu osiągnąć. Popular by Design pozostanie zakorzeniony w imigracji, ale wspólnota wokół niego jest dla ludzi, którzy uważają, że polityka działa lepiej, gdy ideały są przywiązane do instytucji, gdy interes narodowy traktuje się jako demokratyczne ograniczenie, a nie powód do wstydu, i gdy twierdzenia polityczne ocenia się po ich skutkach. Jeśli taki sposób rozumienia polityki jest dla was przydatny i chcecie być częścią naszej wspólnoty, płatne członkostwo to sposób, by pomóc uczynić ją trwałą.
Popular by Design ma już prawie rok i rozrósł się w czasie mojego urlopu naukowego, kiedy miałem więcej czasu, by pisać, redagować i budować grono czytelników. W przyszłym miesiącu wracam do normalnego życia dydaktyki, badań i obowiązków na rzecz uczelni. Jeśli newsletter ma pozostać poważny, ukazywać się regularnie i gościć wartościowe rozmowy, potrzebuje bazy stałego wsparcia.
Na start są dwa poziomy. Wspierający wpłacają 15 dolarów miesięcznie albo 120 dolarów rocznie. Pomagają utrzymać eseje darmowymi i otrzymują zaproszenia na spotkania czytelników online oraz na żywo, gdzie myślący ludzie mogą wymieniać się pomysłami i budować kontakty wokół imigracji, opinii publicznej i projektowania polityk publicznych.
Członkowie Założyciele wpłacają 1000 dolarów rocznie, z coroczną odnową. Dołączają do mniejszego kręgu, który co roku członkostwa otrzymuje dwie godzinne rozmowy ze mną, pomaga kształtować tematy i tworzy dla projektu nieformalny gabinet doradczy. Jeśli wasza instytucja skorzystałaby na głębszym zaangażowaniu w te idee poprzez prelekcję o książce, warsztat czy współpracę doradczą, napiszcie bezpośrednio.
Pieniądze finansują ciągłość: redakcję, posty gościnne, okazjonalne wydarzenia dla czytelników oraz czas potrzebny, by robić to dobrze, mając przy tym pełnoetatową pracę. Proszę czytelników, którym zależy na tej pragmatycznej wspólnocie skupionej wokół polityk publicznych, by pomogli utrzymać ją otwartą i ją ulepszać. Będę jednak szczery: dawanie ludziom wersji, której woleliby nie słyszeć, miało swoją cenę, od przekleństw na Bluesky i publicznych żądań, bym stracił pracę, po kilka autentycznych gróźb śmierci, na tyle paskudnych, że trafiły do wiadomości. Mam grubą skórę i stałą pracę, więc potrafię to znieść, ale świadomość, że za tą pracą stoją prawdziwi ludzie, a nie tylko ci głośni, którzy każą mi się zamknąć, jest w dużej mierze tym, co skłania mnie do jej dalszego wykonywania.
Jeśli chcecie publicznej rozmowy, w której imigrację traktuje się jako problem polityczny, a nie plemienny sygnał, w której patriotyzm jest dostatecznie otwarty, by witać przybyszów, w której o AI i liczbie ludności dyskutuje się z ciekawością i dyscypliną, i w której postęp ocenia się po tym, czy polityki naprawdę działają, mam nadzieję, że zostaniecie płatnymi członkami. Jeśli pieniądze są naprawdę przeszkodą, napiszcie do mnie. Chcę, by studenci, badacze na początku kariery, praktycy spoza Stanów Zjednoczonych oraz myślący czytelnicy, których na to nie stać, pozostali w rozmowie.
Stany Zjednoczone Ameryki, kraj, którego stałem się częścią, wciąż są najlepszym zakładem o postęp ludzkości. Ale żaden kraj nie utrzymuje tego statusu siłą bezwładu. Potrzebuje lepszych polityk, lepszych instytucji i, owszem, lepszego nacjonalizmu: dostatecznie pewnego siebie, by kochać to, czym Ameryka jest, dostatecznie uczciwego, by ją ulepszać, i dostatecznie otwartego, by wciąż przyjmować ludzi, którzy uczynią ją silniejszą.
Ogromne podziękowania dla wszystkich, którzy przeczytali ten esej i go skomentowali: Andrew Burleson, Emma McAleavy, Mike Riggs, Grant Mulligan, Tina Marsh Dalton, Jeff Fong, oraz Venkatesh V Ranjan.
Kiedy ludzie mówią, że ich kraj jest “lepszy”, znaczenie zależy od tego, o którym kraju mowa. Jeśli powiecie to w Norwegii, Szwajcarii albo, owszem, w Stanach Zjednoczonych, macie mnóstwo dowodów, na których można się oprzeć: wolność, dobrobyt, innowacyjność i tak dalej. Jeśli powiecie to w Rosji albo Korei Północnej, prawdopodobnie służy to bardziej jako mechanizm obronny albo dezinformacja. ↩
Klasyczna praca Rogersa Smitha o amerykańskim rozwoju politycznym pomaga wyjaśnić, dlaczego nic z tego nie jest oczywiste. Stany Zjednoczone nigdy nie miały jednej narodowej tradycji: tradycje liberalna i republikańska od dawna konkurują z tradycjami askryptywnymi, które ograniczały pełne członkostwo ze względu na rasę, płeć, religię i pochodzenie. Amerykański nacjonalizm staje się liberalny dopiero wtedy, gdy obywatele i instytucje wzmacniają tradycję głoszącą, że można stać się Amerykaninem, przyłączając się do politycznego projektu kraju. ↩
Kanada jest najczystszym pokazem tej dynamiki: przez dziesięciolecia budowała większościowe poparcie dla wysokiej imigracji, wiążąc przyjęcia z widocznymi korzyściami narodowymi, a kiedy ten związek osłabł, poparcie natychmiast spadło. ↩
Matt Burgess przedstawił podobny argument za polityką imigracyjną, która szanuje imigrantów, poważnie traktuje integrację i uznaje prawo obywateli do decydowania o polityce imigracyjnej. ↩
